Thursday, November 1, 2007

Zmienić porażkę w zwycięstwo

Zmienić porażkę w zwycięstwo
Nasz Dziennik, 2007-10-31
Od kilkunastu dni z niepokojem obserwuję falę skrajnie pesymistycznych gdybań na prawicy, gdybań faktycznie sprzecznych z realizmem. Nie chcę pogodzić się również z teoriami spiskowymi głoszącymi, że PiS "przegrało na życzenie", że PiS i PO to dwie takie same odmiany antynarodowych liberałów, które czyhają na zgubę Polski, etc. Przypomnę tu raz jeszcze starą prawdę, że to politycy Platformy na czele z Donaldem Tuskiem obalali pragnący prawdziwie głębokich dekomunizacyjnych zmian rząd Jana Olszewskiego, a Jarosław i Lech Kaczyńscy przez cały czas od 1990 roku reprezentowali nurt przyspieszenia radykalnych zmian, ściągając za to na siebie nienawiść i szykany komunistów i udecji. Nie twierdzę, że PiS i Kaczyńscy nie popełnili dużej dawki błędów. Pisałem o tym i mówiłem wielokrotnie, jeszcze przed tymi wyborami, na próżno apelując o bilans otwarcia, o poparcie działań na rzecz stworzenia jak najszerszego ruchu społeczno-politycznego zamiast ograniczania się do gabinetowej polityki. Krytykowałem nieciekawe działania pań z "dworu" prezydenta, stajnię Augiasza, jaką jest MSZ, etc., etc. Powrócę do spraw analizy porażki PiS i zwycięstwa Platformy w drugim odcinku mego tekstu. W poniższym, świątecznym tekście chciałbym zająć się jaśniejszymi punktami obecnej sytuacji, których nie dostrzegają niektórzy prawicowi czarnowidze.

Chciałbym tę analizę zacząć od pokazania, że dzięki zdradzieckim ucieczkom ku Platformie takich notabli, jak Borusewicz, Sikorski czy Marcinkiewicz, faktycznie stają się wyraźniejsze fronty i pryskają niepotrzebne złudzenia wśród ludzi PiS, zbyt długo wabionych nonsensownymi opowiastkami o potrzebie koalicji rządowej z Platformą - partią antynarodowych oligarchów.

Korzystne "oczyszczenie" PiS
Bardzo korzystne dla PiS powinno okazać się "oczyszczenie", powstałe dzięki sukcesywnemu odejściu grupy polityków zamazujących tożsamość partii. Byli to politycy na wpływowych stanowiskach bądź wywodzący się z PiS, bądź współpracujący z nim na zasadzie zupełnie niepotrzebnych kompromisów, mających pokazać miększą, łagodniejszą "twarz" partii Kaczyńskich. Pierwsze takie odejście nastąpiło już ponad rok temu, gdy z rządu wystąpił geremkowiec - minister spraw zagranicznych Stefan Meller. Ten były pierwszy sekretarz ZMS na Uniwersytecie Warszawskim w latach 60., syn dyrektora departamentu w PRL-owskim MSZ, usuniętego w 1968 r., był całkowicie obcym ciałem w rządach PiS. Ściągnięty został do gabinetu Marcinkiewicza dzięki podszeptom Ryszarda Schnepfa czy Władysława Bartoszewskiego. Jak przyznaje sam Marcinkiewicz w książce "Kulisy władzy" (Warszawa 2007, s. 83): "Stefan Meller nigdy nie uzyskał zaufania prezesa (PiS), chociaż chyba prezydenta bardziej niż prezesa". Wbrew intencjom PiS Meller na każdym kroku popierał buszujący w tym resorcie i na placówkach rój "sierot po Geremku" i "sierot po komunie" i odznaczał się kompromitującą wprost niekompetencją. Po odejściu z rządu PiS Meller "zabłysnął" popisem skrajnej nielojalności, podpisując się pod listem 8 byłych ministrów spraw zagranicznych, atakującym rząd.
Fatalnym nieporozumieniem była decyzja o powołaniu Bogdana Borusewicza na marszałka Senatu. Borusewicz, były działacz KOR, był absolutnie związany z Geremkiem i michnikowcami, a w latach 90. był posłem Unii Demokratycznej. Powołanie go na marszałka Senatu, tak niepotrzebne w przypadku zdominowania tej Izby przez większość PiS-owską, miało być najwidoczniej symbolicznym gestem zbliżenia wobec liberalno-lewicowych środowisk b. Unii Wolności. Gest ten niewiele dał, bo Borusewicz na swoim stanowisku nie tyle wspierał PiS, ile faktycznie popierał interesy ludzi ze środowisk geremkowskich. Co więcej, najwidoczniej miał w głębokiej pogardzie coś takiego jak elementarne poczucie wdzięczności wobec tych, którzy powołali go na tak eksponowane stanowisko. W momencie rozpoczęcia kampanii wyborczej, parę miesięcy temu, po prostu zdradził PiS, bez żenady przyłączając się do anty-PiS-owskiej nagonki Platformy. Przedtem na stanowisku marszałka Senatu, tak ważnym dla kontaktów z Polonią, Borusewicz bardzo mocno zaszkodził rozwojowi kontaktów z Polonią, szczególnie mocno blokując stosunki z jej patriotycznymi i antykomunistycznymi nurtami. "Wsławił się" próbami nachalnego blokowania jakichkolwiek kontaktów senatorów ze słynnym przywódcą Polonii w Ameryce Południowej, prezesem USOPAŁ Janem Kobylańskim.
Nader fatalną nominacją ministerialną w rządzie K. Marcinkiewicza był minister sportu Tomasz Lipiec, ostatnio aresztowany na trzy miesiące ze względu na podejrzenia o korupcję. Dziś wiemy, że "Tomasz Lipiec został zatrudniony przez premiera Kazimierza Marcinkiewicza jako jego zaufany człowiek, więc warto byłoby spytać Marcinkiewicza, jakimi się kierował względami, podejmując taką decyzję, kto go do niego przekonał" (według wypowiedzi ministra Zbigniewa Ziobry, cyt. w tekście: Z. Ziobro: Kto popierał Lipca, "Życie Warszawy" z 27 października 2007 r.).
Jawną zdradą Prawa i Sprawiedliwości zapłacił za swe niebywałe wywyższenie przez Kaczyńskich aż na stanowisko premiera Kazimierz Marcinkiewicz, były nauczyciel fizyki, później wiceminister w rządzie Buzka. Ogromnie zabiegający o popularność poprzez bywanie, gdzie się tylko dało - od różnych pokazów po bale maturalne - premier Marcinkiewicz nie okazał się nazbyt kompetentny w swych decyzjach personalnych, jak i w sprawach kluczowych działań rządu. Dość przypomnieć, co pisał na ten temat b. wiceminister finansów w rządzie Marcinkiewicza Cezary Mech w "Naszym Dzienniku" (por. tekst: Opinie "słuszne" teraz, "Nasz Dziennik" z 27-28 października 2007 r.). Mech zarzucił b. premierowi K. Marcinkiewiczowi m.in. "egoistyczne prowadzenie spraw publicznych", "nastawienie na własną karierę", "ciągłe opóźnianie spraw na skutek braku decyzji", "ucieczkę przed trudnymi wyzwaniami", doprowadzenie do istnienia "pustych szuflad dotyczących sztandarowej reformy finansów publicznych".
Zgubną rolę odegrała wyjątkowa wyrozumiałość Marcinkiewicza wobec różnych geremkowców, od wspomnianego już S. Mellera po R. Schnepfa. Z tym ostatnim był i jest ogromnie zaprzyjaźniony, jak wielokrotnie wyznaje w "Kulisach władzy", podkreślając, że "Ryszard od lat uczył mnie spraw międzynarodowych". Można "pogratulować" Marcinkiewiczowi takiego nauczyciela! Przypomnijmy, że Schnepf jako ambasador RP w paru krajach Ameryki Południowej "zasłynął" skrajnie niedyplomatycznym, grubiańskim zacietrzewieniem, m.in. wyskokami zajadłej nienawiści wobec przywódcy Polaków w Ameryce Południowej, prezesa USOPAŁ J. Kobylańskiego. (Podobnym nienawistnym zacietrzewieniem wobec prezesa J. Kobylańskiego niejednokrotnie "popisywała się" w publicznej (!) telewizji żona R. Schnepfa - red. Dorota Wysocka-Schnepf.)
Schnepf - nauczyciel premiera K. Marcinkiewicza w sprawach międzynarodowych - skompromitował się wybrykiem, niedopuszczalnym z punktu widzenia podstawowych zasad dyplomacji. Jako doradca premiera w randze ministra publicznie wystąpił, bez konsultacji z rządem i prezydentem RP, z poparciem dla godzącego w kluczowe interesy gospodarcze Polski projektu rosyjsko-niemieckiego gazociągu na dnie Bałtyku. Pełnomocnik rządu do spraw energetycznych minister Piotr Naimski określił wystąpienie Schnepfa jako wyraz krańcowej uległości wobec Rosji. Samowolka Schnepfa publicznie dostarczała Rosji argumentów przeciw Polsce. Pomimo tak bliskich związków Schnepfa z Marcinkiewiczem usunięto go z trzaskiem z ministerialnej posady doradczej. Niestety, zaraz potem "ukarano" go powierzeniem funkcji pełnomocnika MSZ do spraw zagrożeń, choć to on sam jest największym zagrożeniem! Warto dodać, że na stronie internetowej Światowego Kongresu Żydów wielce ubolewano z powodu dymisji R. Schnepfa, akcentując, że jako syn b. prezesa gminy żydowskiej w PRL wykazywał on szczególnie wielkie zrozumienie dla żydowskich materialnych roszczeń wobec Polski. Znamienne, że Marcinkiewicz dalej obdarza Schnepfa szczególnymi względami. Wydawany przez Niemców "Dziennik" z 27-28 października br. opublikował tekst informujący, że Marcinkiewicz zaangażował się w lobbowanie za kandydaturą Radosława Sikorskiego na szefa polskiej dyplomacji w rządzie PO. Rozmowom Marcinkiewicza i Sikorskiego towarzyszył Schnepf.
Premier Marcinkiewicz "wyróżnił się" dość szczególnym stylem sprawowania władzy. W pewnym momencie potępił jako rzekomo "antysemicki" felieton Stanisława Michalkiewicza. Zrobił to, choć jak sam później wyznał w wywiadzie dla "Wyborczej" z dziennikarkami Moniką Olejnik i Agnieszką Kublik, nigdy nie przeczytał tekstu, który potępił. Jak ocenić taki styl sprawowania władzy? Premier Marcinkiewicz zasłynął spektakularnym ogłaszaniem różnego typu projektów. Wystąpił np. (wraz z ministrem Kazimierzem Ujazdowskim) z inicjatywą działań na rzecz tzw. Patriotyzmu Jutra. Nie wyjaśnił, dlaczego na razie nie zajął się patriotyzmem na dziś. Na to najwyraźniej nie miał czasu, jak świadczy historia opowiedziana mi we wrześniu przez wspaniałą patriotyczną Polkę z Ottawy w Kanadzie - Annę Poray Wybranowską. Polka ta, autorka m.in. wydanej ostatnio po angielsku świetnej kilkusetstronicowej książki o Polakach zamordowanych za pomoc Żydom, od ponad 20 lat robi, co może, dla zrealizowania swego ogromnie szlachetnego projektu, zmierzającego do uczczenia pamięci Polaków zamordowanych za pomoc Żydom. Sama doprowadziła do utworzenia specjalnego komitetu w tej sprawie przy udziale niestety zmarłego w tym czasie prof. Tomasza Strzembosza i dr. hab. Jana Żaryna. W ostatecznej wersji projekt p. Anny zakładał ustawienie na jednym z centralnych placów Warszawy - placu J. Piłsudskiego, murku z tablic zawierających informacje o imionach i nazwiskach paru tysięcy Polaków zamordowanych przez Niemców za pomoc Żydom, wraz z datą ich egzekucji. Pani Wybranowska wpłaciła w tym celu znaczną sumę dolarów do kasy Urzędu Miasta Warszawy. Wysłała także specjalny list do premiera K. Marcinkiewicza. I oto rzecznik "Patriotyzmu Jutra", premier K. Marcinkiewicz, nawet nie zdobył się na najkrótszą choćby odpowiedź na list wspaniałej Polki z Ottawy!
Marcinkiewicza kiedyś niepotrzebnie tak wysoko awansowano, ponad jego talenty, na premiera. Wbiło go to w taką pychę, że później nie chciał już zadowolić się tylko stanowiskiem ministerialnym i koniecznie chciał być wicepremierem. Umieszczono go w końcu na bardzo wysoko opłacanym stanowisku w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju w Londynie. Za wszystko odpłacił się PiS jawną zdradą - wspierając kandydaturę Jarosława Gowina z PO przeciwko ministrowi Zbigniewowi Ziobrze w Krakowie. Pogratulować PO takiego sojusznika!
Wśród tych, którzy zdradzili PiS i dołączyli, nie przebierając w słowach, do nagonki Platformy przeciwko PiS, znaleźli się również b. minister obrony Radosław Sikorski i b. poseł PiS Antoni Mężydło. Dobrze, że się odsłonili i odeszli, podobnie jak Marcinkiewicz et consortes. Dzięki temu PiS w przyszłości będzie dużo odporniejsze na różne kłamliwe propozycje - intrygi ze strony Platformy i jej sojuszników. Nie wykluczam oczywiście, że może jeszcze dojść do paru spektakularnych odejść z PiS. Nie bardzo wierzę np. w PiS-owską "wierność" ministra Kazimierza Ujazdowskiego, znanego z dawnych związków z Unią Demokratyczną, a od dłuższego czasu umizgującego się do PO - z wzajemnością! Ujazdowski, współtwórca programu "Patriotyzm Jutra", "wsławił się" też zupełnie niedopuszczalnymi atakami na innego ministra w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, Romana Giertycha, za usunięcie spośród książek zalecanych jako lektury antypatriotycznej książki Witolda Gombrowicza "Trans-Atlantyk", dążącej do "rozluźnienia naszego poddania się Polsce". Czy rzeczywiście warto wspierać takie "rozluźnianie" wśród uczniów w sytuacji, gdy przez tyle lat maksymalnie niszczono polski patriotyzm i świadomość narodową w mediach i doprowadzono do skrajnego zakompleksienia Polaków? Czy nie lepiej byłoby poprzeć np. zastąpienie "Trans-Atlantyku" przez wybór z prześwietnych "Dzienników" Gombrowicza?!

Co dalej robić?
Józef Piłsudski powiedział w listopadzie 1919 r.: "Być zwyciężonym i nie ulec, to zwycięstwo". Wyciągnięcie gruntownych wniosków z porażki to najlepsza droga do przyszłego zwycięstwa. Zastanówmy się więc, jakie najpilniejsze wnioski i postulaty należy wysunąć jako plon przemyśleń wyników październikowych wyborów. Zanim przejdę do tych rozważań, przypomnę, że byłem osobą, która najczęściej, acz bezskutecznie, począwszy od zwycięstwa wyborczego PiS w 2005 r., nalegała na przygotowanie gruntownego "Bilansu otwarcia". Wystąpiłem z tym postulatem także w czasie spotkania w Radiu Maryja z premierem K. Marcinkiewiczem.
Odpowiedział, że już taki bilans przygotowuje Instytut im. A. Smitha (znany z liberalizmu ekonomicznego). Okazało się, że Instytut ten przygotował mało znaczący świstek papieru - rozniesiony na strzępki w krytycznej ocenie ekonomistów z prof. Stefanem Kurowskim na czele. Przez premiera Marcinkiewicza spartaczono tak podstawową sprawę. Przecież taki gruntowny, na 100 czy 200 udokumentowanych stron raport o bilansie otwarcia mógłby być najważniejszym dowodem fatalnej schedy zostawionej rządom PiS przez postkomunistów w przeróżnych dziedzinach, od gospodarki po zdrowie i naukę. Gdyby sporządzono taki gruntowny bilans, to można by było traktować jako żałosną groteskę oskarżenia posła Ryszarda Kalisza (SLD) czy posłanki Ewy Kopacz (PO) pod adresem rządu za zaniedbania w służbie zdrowia, pokazując, jak trudną robotę miał minister Zbigniew Religa z przezwyciężaniem fatalnej spuścizny różnych monstrualnych zaniedbań poprzednich ekip rządzących w dziedzinie służby zdrowia, etc., etc.
Cóż, próżny żal teraz, że spartoliło się tę tak ważną sprawę. Jest jeszcze jednak czas, najwyższy czas, na raport zamknięcia. Rząd Kaczyńskiego nie powinien czekać na kolejne oszczercze ataki propagandy platformersów, lecz szczegółowo przedstawić, najlepiej w momencie rezygnacji, pełny bilans dokonań PiS. Powinno się to zrobić w chwili, gdy nawet w prawicowej prasie pojawiają się częstokroć niesprawiedliwe, uogólniające ataki na rząd Kaczyńskiego dosłownie za wszystko na zasadzie "huzia na Józia" czy raczej "bij mistrza!". O ileż mądrzejszy pod tym względem jest piosenkarz Andrzej Rosiewicz. W wywiadzie dla "Życia Warszawy" z 27-28 października br. pt. "Przeżyliśmy Ruska. Przeżyjemy Tuska" Rosiewicz powiedział m.in.: "(...) Kaczyńskich trzeba oceniać całościowo. I ja ich cenię za CBA, za tępienie korupcji, ściganie bezkarnych dotąd baronów. Ziobro zrobił dużo mądrego, to uczciwy i mądry facet. Ludzie jeszcze będą bardzo żałować, kiedy nowa władza odwoła go ze stanowiska".
Znamienne, że nawet przewodniczący klubu parlamentarnego PO Bogdan Zdrojewski przyznał w wywiadzie dla (der) "Dziennika" z 27-28 października 2007 r., że: "Zbudowanie wielkiego frontu antykorupcyjnego jest jakimś osiągnięciem ostatnich dwóch lat i nie można tego lekceważyć ani zmarnować". Z kolei Rafał Ziemkiewicz zaakcentował w "Rzeczpospolitej" z 27-29 października 2007 r. znaczenie "podniesienia przez Kaczyńskich ręki na żywotne interesy licznych grup zawodowych - na feudalną hierarchię polskiej nauki i uczelni, na równie feudalne zamknięcie korporacji prawniczych, wpływy lobby ordynatorsko-profesorskiego, etc.".
Apeluję do mego ulubionego ministra Zbigniewa Ziobry: niech resort sprawiedliwości przygotuje do publikacji jak najszybciej pełny wykaz prowadzonych śledztw. Niech opisze dokładny wykaz zdemaskowanych jak dotąd afer, począwszy od afery łapówkarskiej w Ministerstwie Finansów z wsadzonymi pod klucz "luminarzami" - dyrektorami departamentów w resorcie, kilkudziesięciu złapanymi uczestnikami mafii paliwowej, etc. Niech poda dokładne dane o spadku przestępczości. Niech pokaże wysiłki rządu w celu rozbicia sądowych korporacji zawodowych i ułatwienia startu młodym ludziom, a także z jakimi oporami musiał się zderzać. Niech szefowie ministerstwa skarbu i gospodarki opiszą, jak - pomimo wrzasku potężnych liberalnych mediów - zablokowali dalszą wyprzedaż majątku narodowego za bezcen, łącznie z powiedzeniem "nie" zakusom Eureko na PZU. Niech pokażą, ile zrobiono dla zapewnienia wzrostu gospodarczego, zmniejszenia bezrobocia, etc. Niech politycy rządu na czele z samym premierem i prezydentem powiedzą szerzej o tym, co zrobili dla umocnienia polityki historycznej, wzmacniania polskiego patriotyzmu, podnoszenia Narodu z klęczek w polityce zagranicznej, niech pokażą nowe stanowisko "godnościowej" polityki zagranicznej wobec Niemiec zamiast uniżonego kłaniania się w pas różnych Geremków i Bartoszewskich. Niech podadzą przykłady odwołań ambasadorów znanych z uległości wobec obcych interesów (vide choćby Janusz Reiter z Waszyngtonu). Niech pokażą prawdziwe znaczenie rozwiązania WSI (nie rozumiem, dlaczego opóźniono opublikowanie aneksu do Raportu Antoniego Macierewicza), szczegółowe, konkretne osiągnięcia CBA. Niech takie dokładne, szczegółowe wyliczenia przeprowadzone zostaną we wszystkich dziedzinach. Na koniec swego "Bilansu zamknięcia" ludzie z rządu PiS niech przedstawią to, czego jeszcze nie zrobiono, o co należy walczyć (choćby o gruntowną lustrację, lustrację majątkową, szanse stwarzania miejsc pracy dla młodych, etc., etc.).
W sobotę, w nocy z 27 na 28 października, debatując w Radiu Maryja z profesorem Bogusławem Wolniewiczem na temat bilansu ostatnich wydarzeń, zastanawiałem się, jak potrzebna jest dużo szersza gruntowna debata na zasadzie "różnienia się pięknie" z udziałem dużo większej grupy naukowców i ekspertów. Niechby to była nawet kilkudniowa debata, być może z inicjatywy Pałacu Prezydenckiego (byle nie na zasadzie doboru ludzi w stylu osławionej Ewy Junczyk-Ziomeckiej, inicjatorki żałosnej pseudodyskusji pań z 8 marca 2007 r.). Jakże potrzebna nam jest wielostronna dyskusja na temat pierwszej, dwuletniej próby budowania IV Rzeczypospolitej, szczegółowego przejrzenia tego, co się udało, a co się nie udało, i wypracowania konkretnych wniosków i celów działania na przyszłość. I tu powrócę znów do wysuwanego przeze mnie po tylekroć postulatu utworzenia Rady Programowej, złożonej z intelektualistów i ekspertów rzeczników idei IV Rzeczypospolitej. W czasie, gdy tak zawiedli eksperci PiS, mający poprowadzić nas do rzekomo pewnego zwycięstwa nurtu patriotycznego, jakże potrzeba obiektywnych, rzeczowych debat z udziałem prawicowych, patriotycznych intelektualistów. Niech wreszcie powstanie taka intelektualna Rada Programowa, złożona z tak wybitnych naukowców, jak choćby profesorowie Z. Krasnodębski. A. Nowak, A. Zybertowicz, W. Kieżun, czy związani z Radiem Maryja intelektualiści: prof. Z. Jacyna-Onyszkiewicz, prof. Z. Zagórski i inni profesorowie poznańscy, prof. J. Kawecki, prof. R. Broda i inni profesorowie krakowscy, ks. prof. Cz. Bartnik, prof. R. Bender i inni profesorowie lubelscy, prof. K. Czuba, prof. S. Kurowski i inni profesorowie warszawscy, prof. D. Sankowski z Łodzi, prof. Z. Żmigrodzki z Częstochowy, prof. B. Fleszar z Rzeszowa i tylu, tylu innych, dotąd niedocenionych należycie intelektualistów, popierających z całego serca ideę IV Rzeczypospolitej. Myślę, że z takiej debaty mógłby powstać bardzo owocny tom, wielce pomocny w wypracowaniu dalszej strategii działań na rzecz IV Rzeczypospolitej. Niedawno, 23 października, w bardzo ciekawym artykule opublikowanym na łamach "Europy", dodatku do (der) "Dziennika", prof. A. Nowak jakże słusznie pisał: "(...) wiem z kontaktów osobistych w środowiskach akademickich, że jest np. bardzo dużo ludzi z rzeczywistym autorytetem, którzy byliby gotowi wesprzeć publicznie program PiS, ten wysiłek odejścia od dominacji postpeerelowskiej elity, tylko nikt ich do tego nie zaprosił...".
Mam przed sobą przygnębiające zestawienie dwóch tekstów. Pierwszy z nich to list doc. dr. praw Olgierda Baehra wsparty podpisami sześciu innych znanych naukowców poznańskich: profesorów Z. Jacyny-Onyszkiewicza, E. Kozala, J. Marcinka, K. Stępczaka, H. Szydłowskiego i Z. Zagórskiego - wystosowany do premiera J. Kaczyńskiego 2 października 2007 roku. List zawierał liczne postulaty, które zdaniem szanownych autorów powinny być uwzględnione w polskiej polityce zagranicznej i wewnętrznej. Zamiast ustosunkowania się premiera lub ludzi z jego kancelarii do zawartych w obszernym liście naukowców ważnych postulatów skierowano do nich drugi tekst - dwuzdaniowe pismo p. M. Kalinowskiego z Departamentu Skarg, Wniosków i Obsługi Rady do spraw Uchodźców w Kancelarii Rady Ministrów, skierowane do Sekretariatu Ministra w MSZ: "Departament Skarg, Wniosków i Obsługi Rady do spraw Uchodźców przesyła w załączeniu, według właściwości, pismo doc. dr. Olgierda Baehra, skierowane do Prezesa Rady Ministrów w imieniu grupy naukowców w sprawie m.in. Traktatu Unii Europejskiej". Zapytajmy, co taka spychotechnika miała wspólnego z poważnym ustosunkowaniem się do treści listu grupy znanych naukowców poznańskich? Czy tego typu metody nie prowadziły do zniechęcania ludzi ze środowisk intelektualnych? Czy p. premier J. Kaczyński nie powinien baczniej przyjrzeć się pracy ludzi mu podlegających?
Ze strony PiS czasami padały zupełnie niepotrzebne, niezręczne słowa o "wykształciuchach", etc., zamiast pokazać, jak wielka liczba prawdziwie rzetelnych autorytetów intelektualnych jest po naszej stronie, po stronie patriotyzmu i IV Rzeczypospolitej.

Rozliczać obietnice Platformy
W tej chwili Platforma triumfalnie świętuje zwycięstwo wyborcze, bez żadnego opamiętania sięgając po najróżniejsze symbole. Na przykład na okładce zeszłotygodniowego "Newsweeka" można było znaleźć zdjęcie Tuska z triumfalnie podniesioną do góry, zaciśniętą pięścią. Czyżby mgr historii D. Tusk nie wiedział, że podniesiona do góry zaciśnięta pięść była przez dziesięciolecia symbolem zajadłych stalinowców, używanym na ich wszystkich zjazdach i konwentyklach? Pogratulować p. Tuskowi wyboru takiego symbolu! Czy to ma znaczyć, że po cichu jednak zmierza do jednolitofrontowej koalicji z postkomunistami z LiD? Z kolei na okładce zeszłotygodniowego "Wprost" Tusk występuje z ręką podniesioną do góry, w tzw. salucie rzymskim, który lewicowcy tak często wytykali Młodzieży Wszechpolskiej. Biedny Tusk! W euforii zwycięstwa najwyraźniej nie umie zapanować nad różnymi nawykami.
Teraz jednak zaczynają się prawdziwe schody dla p. Tuska i Platformy. Naobiecywali tak wiele i już niedługo przyjdzie nieubłaganie czas rozliczeń. Nawet w tak anty-PiS-owskiej "Gazecie Wyborczej" (z 27-28 października 2007 r.) red. Witold Gadomski wyrażał szczere obawy: "(...) uważny obserwator działań przyszłego premiera ma powód do niepokoju. Które słowa były wypowiedziane poważnie, a które były tylko lepem na wyborców. Czy Tusk ma jakąś koncepcję Polski, czy po prostu chce wygrać i zdobyć władzę". Liberalna dziennikarka z (der) "Dziennika" Dorota Gawryluk nie ukrywa swoich obaw w tekście "Cudu nie będzie. Będzie rozliczenie obietnic wyborczych" ("Dziennik" z 29 października 2007 r.): "Przed Donaldem Tuskiem - jako szefem rządu - arcytrudne zadanie. Życzę mu powodzenia, ale sam sobie postawił poprzeczkę na niebotycznej wysokości. Nie przeskoczyłby jej nawet człowiek, a co dopiero partia złożona z ludzi z krwi i kości. Na poziomie głównym Platforma sformułowała dwa hasła i oba równie niemożliwe do zrealizowania: cud gospodarczy i 'By żyło się lepiej. Wszystkim'. Na poziomie szczegółowym dobre słowo usłyszeli wszyscy: przedsiębiorcy, że podatki będą niższe, budżetówka, że wydatki z budżetu będą większe. Jak tego dokonać? Logika wskazuje, że się nie da. Liderzy PO musieli o tym wiedzieć. (...) Zwycięstwo PO jest w dużej mierze oparte na kłamstwie wyborczym (...). Na takim kłamstwie Leszek Miller oparł swą kampanię w 2001 roku, kiedy obiecywał gruszki na wierzbie, lecz bardzo szybko został z niego rozliczony.
Platforma złożyła tyle niewiarygodnych obietnic, że trudno się będzie na nich nie wywrócić. Wśród zaklęć wyborczych nie znajduję żadnego, które mogłoby być zrealizowane choćby za dwa lata. O połowę wyższe płace w służbie zdrowia? Nierealne bez rozbicia budżetu. Likwidacja NFZ? Proszę bardzo, tylko że nie o samą likwidację przecież chodzi. Ludzie oczekują poprawy jakości i dostępu do świadczeń medycznych, a nie zamiany jednej instytucji na inną. Tego zaś nie da się osiągnąć bez radykalnych zmian w ochronie zdrowia, chociażby wprowadzenia systemu ubezpieczeń w oparciu o prywatne szpitale. Od tego jednak PO odcięła się już w kampanii, zaklinając się, że kto jak kto, ale ona prywatyzować służby zdrowia nie zamierza.
Chęć odebrania PiS władzy była u ludzi Platformy tak ogromna, że zdecydowała się iść na całość w formułowaniu zobowiązań wobec Polaków. To jest oczywiście problem wszystkich polityków: czy da się wygrać wybory, formułując obietnice realne i szczere. Ale nawet w tych mało realnych należy zachować umiar po to, by rozliczenie nie okazało się dla wszystkich zbyt bolesne (...)".
Warto zacytować również opinię centrowego obserwatora wydarzeń - publicysty (der) "Dziennika" Piotra Zaremby w numerze z 27-28 października 2007 r. w tekście "Pytania do Donalda Tuska". Autor pisze tam m.in.: "Donald Tusk odniósł triumf dzięki wpadkom poprzedniej ekipy oraz błyskotliwej, socjotechnicznej kampanii. Dopiero teraz przyjdzie mu odpowiedzieć, skąd wziąć na - cytuję: 'radykalne podwyżki dla budżetówki', obniżając jednocześnie podatki (...)".
Zaremba zapytywał Tuska: "Czy naprawdę uważa Pan, że nowy minister sprawiedliwości powinien przede wszystkim - to Pana słowa - zajmować się ochroną obywatela przed władzą, czy to tylko pokłosie propagandy wyborczej? Dla zwykłego Polaka problemem zasadniczym jest strach przed bezkarnością bandytów, opieszałością sądów, zbyt wysokimi opłatami, pobieranymi przez prawnicze korporacje. Ziobro przy wszystkich swych wadach uczynił z tej tematyki swój priorytet. Co jest priorytetem PO? Czy Platforma podpisuje się pod wizją liberalnego kodeksu karnego, głoszoną przez Andrzeja Zolla, skoro w poprzednich kadencjach wypowiadała się za jego zaostrzeniem? (...) Co Pan dziś powie ludziom, którzy nie mogą się dostać do palestry z powodu blokady stosowanej przez starszych kolegów? I Polakom, płacącym słono za usługi adwokackie z powodu braku realnej konkurencji? Pozostając w opozycji wobec PiS-owskiego rządu, Platforma zabiegała o sympatię wpływowych środowisk, w tym prawników, ale teraz przyszedł czas rządzenia".
Na realizację obiecanek cacanek Platformy czeka bardzo dużo środowisk, począwszy od nauczycieli i lekarzy, grożących pogotowiem strajkowym w przypadku niespełnienia obietnic. Redaktor Joanna Lichocka pisała w "Rzeczpospolitej" z 26 października, iż: "(...) pragmatyzm powinien jednak podpowiedzieć liderom Platformy, że zdobywając 209 mandatów, znaleźli się w klinczu. Z jednej strony odnieśli olśniewający sukces i silne poparcie społeczne dla haseł podnoszonych w kampanii. Z drugiej - rozbudzili apetyty, że te hasła zostaną niezwłocznie zrealizowane. Nauczyciele z ZNP już pikietują pod gmachami rządowymi, żądając spełnienia obietnic, mimo że rząd Tuska jeszcze nie istnieje".
W internecie pojawił się arcyszyderczy tekst zawierający złośliwe drwiny z fantastycznych obietnic Platformy, zatytułowany "Pierwszy tydzień Tuska":
"Poniedziałek. Donald Tusk wyczarterował 10 tys. jumbo jetów. Trzy miliony Polaków wraca do kraju.
Wtorek. Zarządzeniem premiera zlikwidowano wypadki motocyklowe.
Środa. Donald Tusk obniżył podatki - PIT, CIT i VAT wynoszą 1 proc., jednocześnie Tusk zwiększył wynagrodzenia - pielęgniarka zarabia średnio 5890 zł netto, a lekarz 25 630 zł netto. Granice Polski przekraczają tysiące lekarzy imigrantów z Niemiec i Irlandii.
Czwartek. W czwartek premier gwałtownie podniósł prestiż Polski na świecie - UE wprowadziła jednocześnie Niceę i pierwiastek.
Piątek. Tusk wybudował 2500 kilometrów autostrad, 840 pływalni i 320 stadionów. Przeciął 6000 wstęg.
Sobota. Tusk rozdał akcje - średnio 70 tysięcy na głowę - i podwoił becikowe.
Niedziela. Po zrobieniu tylu cudów siódmego dnia premier odpoczął.
PS Wieczorem od niechcenia Donald Tusk zniósł przymrozki, by jabłka już nigdy nie drożały".
Na dodatek dość groteskowo wyglądają zapewnienia PO z czasów kampanii wyborczej, wielokrotnie zapowiadające powtórzenie w Polsce irlandzkiego cudu gospodarczego. Miał on być - według Tuska - efektem liberalnej polityki gospodarczej, a więc akurat takiej, jaką chce zastosować w Polsce Platforma. Sęk w tym, że w rzeczywistości polityka irlandzka daleka była od liberalizmu gospodarczego w stylu PO. Stwierdził to choćby taki znawca ekonomii, jak honorowy prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego prof. Zbigniew Sadowski na łamach "Trybuny" z 17 października 2007 r., akcentując, iż gospodarka irlandzka "zdecydowanie nie jest gospodarką neoliberalną". W tejże "Trybunie" Piotr Skura przypomniał w tekście "Irlandia, czyli anty-Tusk", iż: "W Irlandii nie ma podatku liniowego, którego domaga się Tusk (...). Tak zwalczane przez polskich liberałów minimalne wynagrodzenie wynosi w Irlandii ok. 1300 euro (50 proc. średniej płacy) i należy do najwyższych w Unii Europejskiej. W Polsce zwolennicy neoliberalnej gospodarki gwałtownie zaprotestowali, gdy płaca minimalna wzrosła do ok. 1100 zł (43 proc. średniej). (...) Wbrew temu, co myśli Tusk, państwo ma silny wpływ na gospodarkę. Zachowuje pełną kontrolę nad wieloma dziedzinami uznawanymi za strategiczne. Irlandzki 'cud gospodarczy' nie jest bowiem efektem jakiejś neoliberalnej rewolucji, ale umowy społecznej, zawartej w 1987 r. przez partie polityczne, związki zawodowe i organizacje pracodawców. I gwarantowanej właśnie przez państwo i co trzy lata odnawianej. Nikt nie forsuje więc neoliberalnych rozwiązań wbrew ludziom".
Jak z tego wszystkiego wynika, platformersi ogromnie nakłamali i już niedługo będą się musieli tłumaczyć, przede wszystkim przed swoimi młodymi fanami. Nie bardzo chciałbym być wtedy w ich skórze! Warto tu zacytować wymowny fragment listu nadesłanego do "Angory" 4 listopada 2007 r. przez Wojciecha K. Borkowskiego z Chicago: "Ciekawe, do kogo będą się teraz udawali zawiedzeni obietnicami wyborcy? Czy protesty i głodówki będą odbywały się pod drzwiami 'Gazety Wyborczej', tygodnika 'Polityka', 'Trybuny', tygodnika 'Angora' i innych gazet? To one wraz z Polsatem i TVN wykreowały ten sukces wyborczy Platformy, ale one umyją rączki. Nie załatwią skarg normalnych zjadaczy chleba, którzy nie doczekają się obniżki cen chleba i energii. Ciekawe, jak to przyjmą chorzy w szpitalach, które przejdą w przyszłości na własność kapitału zagranicznego, pochodzącego z UE. Przecież szpitali nie sprywatyzują lekarze, którzy za rządów PiS protestowali, głodując z powodu niskich wynagrodzeń. Szpitale, tak jak banki, huty i zakłady energetyczne, przejdą pod kontrolę kapitału UE. Czy takie były oczekiwania młodych wyborców? Czy taki był cel manipulacji medialnej w Polsce, aby zawłaszczyć to, co jeszcze pozostało z narodowej własności? (...)".
Problemy, przed którymi stanie PO, zostaną dodatkowo szczególnie mocno powiększone przez apetyty PSL-owskiego koalicjanta. Przypomniała o tym Dorota Gawryluk w cytowanym już tekście z (der) "Dziennika", pisząc, że liderzy PO pewnie też "zdają sobie sprawę, jakim koalicjantem będzie PSL. Jest to ugrupowanie znane przecież z tego, że walczy o to, by żyło się lepiej - im i ich rodzinom".
Politolog Marek Migalski ostrzegał w tekście "Nowy Pawlak, stare PSL" ("Rzeczpospolita" z 25 października 2007 r.): "Dla PSL państwo wciąż jest dostarczycielem fruktów, rezerwuarem środków do życia dla działaczy i ich rodzin, gwarantem dobrobytu dla wyborców Stronnictwa". O tym wszystkim mówił również jakże wymownie premier J. Kaczyński w wywiadzie dla "Naszego Dziennika" z 26 października 2007 r., stwierdzając: "Dzisiaj na 450 stanowisk kierowniczych, podległych marszałkowi województwa mazowieckiego jest jeden bezpartyjny. A 449 jest obsadzonych w ramach podziału PO - PSL. To są często stanowiska naczelników, stanowiska o charakterze administracyjnym. Stanowi to najlepszy dowód, jak to będzie wyglądać w Polsce. Widać, że Donald Tusk trochę się już boi".
Pamiętajmy jednak, że już nie za długo przyjdzie czas rozliczenia z pazernością PO i PSL i niespełnionymi obietnicami fantasmagorii. Za półtora roku będą wybory do europarlamentu, a za dwa lata do samorządów.
I już teraz natychmiast trzeba rozpocząć przygotowania do boju o samorządy. Musimy się skupić na tworzeniu stowarzyszeń w różnych miastach i okręgach, które mogłyby zapoczątkować oddolne działania ludzi dla stopniowego wzięcia władzy w swoje ręce. Przykładem mogą być efektywne działania kilkudziesięciu młodych ludzi w Opolu przed kilku laty. Założywszy stowarzyszenie "Stop korupcji", tak skutecznie działali, wydawszy walkę skorumpowanym władzom samorządowym, aż doprowadzili za kratki czołowych przedstawicieli SLD-owskiego samorządu w Opolu: prezydenta i jego głównych pomocników, wojewodę, b. wiceminister Jakubowską. Z dziesięć dni temu miałem możliwość wystąpienia w Bielsku-Białej na spotkaniu świetnie zorganizowanym przez miejscowych działaczy Stowarzyszenia przeciw Bezprawiu (sądowemu). Zapoznałem się z ich dynamicznymi działaniami i myślę, że to jest dobra droga, tak trzymać! Parę dni temu poznałem z kolei kierowniczych działaczy rozwijającego się podobnego stowarzyszenia z Łodzi - Stowarzyszenia Osób Poszkodowanych przez Wymiar Sprawiedliwości. Powstały w ostatnich latach inne ciekawe inicjatywy, od komitetów obrony polskości w Szczecinie i Gorzowie Wlkp. po Stowarzyszenie Obrony i Rozwoju Polski w Rzeszowie czy Komitet na rzecz IV Rzeczypospolitej w Warszawie.
Od dawna działają różne inne dynamiczne stowarzyszenia chrześcijańsko-patriotyczne typu "Pro Cultura Catholica" i klub "Spotkania i Dialog" we Wrocławiu. Najwyższy czas, by połączyć wysiłki rozmaitych stowarzyszeń i rozlicznych niezorganizowanych dotąd osób. Niech jak najwięcej osób myślących i czujących po polsku zrzeszy się w jeden wielki ogólnokrajowy ruch na rzecz przełomu, na rzecz IV Rzeczypospolitej, jak zwał tak zwał, to nie jest na razie najważniejsze. Ogromnym problemem ostatnich lat i niestety bardzo poważną przyczyną porażki wyborczej był fakt, że wysiłki na rzecz tworzenia IV Rzeczypospolitej opierały się głównie na trudnej, bardzo chybotliwej koalicji, nazbyt gabinetowej polityce, a nie starały się o stworzenie prawdziwie szerokiego zaplecza społecznego. Niech nowy ruch to zmieni w skali ogólnopolskiej, niech będzie ruchem na rzecz prawdziwie głębokich przemian, niech patrzy partiom na ręce, a zarazem skłania je do prawdziwie głębokich przemian. W nowej sytuacji apeluję przede wszystkim do władz PiS jako największej partii prawicowej, która zdobyła ponad 5 milionów głosów, o poparcie działań dla organizacji tego ruchu. Zwracam się także do działaczy LPR, UPR i innych ugrupowań prawicowych, a także do wszystkich uczciwych sympatyków i członków Samoobrony o wsparcie nakreślonej wyżej inicjatywy. Nie zwlekajmy, stwórzmy jak najsilniejsze narzędzie nacisku na rzecz przemian! Zbyt wiele lat nam już dotąd ukradziono po 1989 roku. Doprowadźmy do przepędzenia wszystkich czerwonych dynastii i aferałów. Walczmy o Polskę nadziei, bez komuchów i złodziei!

prof. Jerzy Robert Nowak

Historia w TVP INFO

Historia w TVP INFO
Nasz Dziennik, 2007-10-31
W nocy z 26 na 27 października nowy kanał telewizji publicznej TVP INFO wyemitował dwa "filmy dokumentalne" (tak napisano w zapowiedzi programowej): "Chwila wspomnień - lata 1944-1945" oraz "Chwila wspomnień - lata 1945-1946". Te "chwile wspomnień" to nic innego jak sowieckie, polskojęzyczne propagandówki filmowe, pokazujące, jakim szczęściem dla Polaków była od 1944 r. nowa okupacja sowiecka.

W roli bohaterów występują tam, odpowiednio wystylizowani, kolaboranci sowieccy: Bolesław Bierut, Władysław Gomułka ("odgruzowują" osobiście Warszawę), Józef Cyrankiewicz, Beniamin Goldberg vel Jerzy Borejsza (redaktor "organu" PKWN "Rzeczpospolita"), Bolesław Drobner ("patriota" z KRN), Czesław Wycech ("ludowiec" według modelu sowieckiego), Marian Spychalski i inni. Razem 70 minut sowieckiej roboty propagandowej, w której jest wszystko z "menu" dla Polaków: szyderstwo z gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego jako dowódcy Powstania Warszawskiego i dowódcy AK, krokodyle łzy nad losami powstańców i zrujnowanego miasta, kłamstwa dotyczące rzekomych usilnych starań armii sowieckiej i wojska Berlinga, by pomóc powstańczej Warszawie. Są też pociągi z "repatriantami" opatrzone w propagandowe i bardzo dla tych ekspatriantów upokarzające napisy w rodzaju: "Wracamy do ukochanej ojczyzny" (czyli z rzeczywistej, odwiecznej ojczyzny wileńskiej czy wołyńskiej na ziemie poniemieckie), otwarcie mostu Poniatowskiego z okazji "dziejowego" wydarzenia, czyli zakłamanego "manifestu" kolaboranckiego, pisanego przez Stalina w Moskwie, 3 x TAK dla wyreżyserowanego, potem jeszcze sfałszowanego "referendum ludowego", "reforma rolna" jako dobrodziejstwo władzy sowieckiej, "nacjonalizacja przemysłu", czyli okradanie Polaków z majątków jako akt "sprawiedliwości" i też "chwila dziejowa". Jest też "deser" w postaci zdjęć żołnierzy AK zdających broń "na wezwanie rządu i swych dawnych [?] przywódców". Dowiadujemy się, że "rząd polski" odbiera defiladę sowieckich i "ludowych" oddziałów w Warszawie, w styczniu 1945 roku! "Rząd polski" był już wtedy w Warszawie?! Są dyżurne, obowiązkowe obrazy, pokazujące pierwszy zjazd kolaboranckiej PPR, bo to jeszcze jedna "chwila dziejowa" na tych zakłamanych "kronikach". Kwintesencją wszystkiego jest reżyserowane "pożegnanie oddziałów radzieckich wracających do ojczyzny" i skwapliwe zapewnienie: "Polska nigdy nie zapomni, że w Poczdamie stanowisko radzieckie zadecydowało o nowych granicach. Żegnajcie, przyjaciele!". Polska nigdy nie zapomni paktu Ribbentrop - Mołotow, śmierci setek tysięcy rodaków zamęczonych na Sybirze czy w Kazachstanie, zaboru jednej trzeciej kraju. Tego w "kronice" oczywiście nie ma. Przyjaciele pożegnani, ale nie wszyscy. Zostają dywizje NKWD i przebierańcy udający zamordowanych w Katyniu i gdzie indziej oficerów wojska polskiego. "Walka o umacnianie władzy ludowej" dopiero się zaczyna i sowieckie, gadzinowe filmy nie ukrywają tego.

Uwierz w sowiecką propagandę
Cały ten wściekły seans propagandy komunistycznej w najbardziej drapieżnym i zakłamanym sowieckim wydaniu trwał 70 minut. Patrzyłem na to wszystko z szeroko otwartymi oczami. Wyobrażałem sobie wrażliwego polskiego gimnazjalistę lub licealistę, zafascynowanego historią Polski (wiem, że takiej młodzieży nie brakuje, spotykam ją w ramach moich zadań edukacyjnych w IPN). Oto telewizja polska uczy ich historii!
Ale bądźmy sprawiedliwi. Zaczynam oddychać z ulgą, bo przed kamerą pojawia się pan Andrzej Jurga (chyba pomysłodawca tego "filmu dokumentalnego") i mówi, że oczywiście nie wszystko na tych filmach było prawdą i że sami możemy zobaczyć, "jak różnie można podejść do tego samego tematu". Sowiecka propaganda i antypolskie kłamstwa oraz szyderstwa z legalnego rządu polskiego to jest jakieś "podejście do tematu"?! A gdzie jest to "inne podejście", skoro katowaliście mojego gimnazjalistę przez ponad godzinę ohydną propagandą komunistyczną? Gdzie jest to "drugie ujęcie", które mógł on porównać z tym wyemitowanym przez was, sowieckim? Pan Jurga stał przed kamerą raptem dwie minuty, może nawet mniej. A to ci dopiero przeciwwaga dla ponadgodzinnych kłamstw, cały czas opatrzonych logo TVP INFO! Dodajmy do tego, że cały ten gadzinowy materiał został opatrzony nadrzędnym tytułem (może to tytuł cyklu?) "Uwierz w dokument"! Więc widz o przeciętnych kompetencjach historycznych wierzy w ten "dokument", skoro go o to proszą mądrzy ludzie z telewizji... Raczej nie obejrzy pełnych 70 minut filmu dokumentalnego, żeby się na końcu dowiedzieć od pana Jurgi, że nie wszystko jest tam prawdą. Konsumuje parę kawałków klasycznej komunistycznej propagandy, potem przełącza się na sport lub na film fabularny. Skoro już się emituje takie gadzinowe filmy, to cały czas u dołu ekranu powinien być napis "komunistyczny film propagandowy". To jest minimum, "telewizjo polska"!
Uwierz w sowiecki "dokument" przygotowany przez pozbawionych skrupułów specjalistów od propagandy wojennej, którzy wiedzieli, jak się gra na uczuciach łatwowiernych i zmęczonych wojną Polaków. O to nas prosi polska telewizja publiczna! Hitlerowskie gadzinówki i filmy propagandowe też doskonale się znały na tej robocie, wzywając Polaków do solidarności w obliczu bolszewickiego zagrożenia. Argumentów nie brakowało, choćby udokumentowana przez międzynarodową komisję zbrodnia katyńska! W czasie okupacji funkcjonowała w kręgach polskiej inteligencji zarówno orientacja sowiecka, jak i mało dziś znana orientacja niemiecka. Z punktu widzenia polskich interesów narodowych obydwie były siebie warte! Skoro mamy uwierzyć w "dokument" wysmażony przez sowieckich specjalistów, to dlaczego nie mielibyśmy wierzyć w "dokument" przygotowany przez hitlerowskich macherów? Śmiało, "telewizjo polska", pokaż "pełne spektrum", bądź "pluralistyczna"!
Niedawno poproszono mnie o adiustację tłumaczenia tekstu lektorskiego do filmu dokumentalnego (francuskiego) poświęconego zbrodni katyńskiej. Francuzi doskonale zrozumieli, na czym polegały krokodyle łzy niemieckie nad grobami polskich oficerów i ohyda sowieckiego zakłamania zbrodni, wspieranego przez Zachód dla własnej wygody i z całkowitym lekceważeniem najżywotniejszych interesów wiernego do końca sojusznika. Autorzy filmu pokazują najpierw niemiecki film propagandowy przedstawiający Katyń jako typową bolszewicką zbrodnię (zresztą zgodnie z prawdą) z akcentami niemieckiej "solidarności" wobec Polaków w tej kwestii, potem widzimy sowiecki film propagandowy o "ohydnej, niemieckiej zbrodni w Katyniu". Nie każą nam "wierzyć" ani w pierwszy, ani w drugi "dokument". Tak to się robi profesjonalnie i uczciwie, "telewizjo polska"! Po takiej konfrontacji żaden amator historii nie będzie miał wątpliwości, że w jednym i drugim przypadku chodzi o wroga, który cynicznie gra na polskim nieszczęściu i na polskich uczuciach.
Nie trzeba likwidować IPN. To nie jest w interesie postkomunistów. Likwidacji chcą tylko ci najgłupsi z nich, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, że obecna sytuacja jest dla postkomuny komfortowa. IPN stanowi bowiem tylko listek figowy dla niczym nieskrępowanej propagandy komunistycznej i sowieckiej wizji historii najnowszej, która dała Polakom pokój, ziemie zachodnie i "demokrację". Siedliskiem tej propagandy są media - od "Trybuny" i "Nie" po - jak się okazuje - TVP INFO. Co tu IPN może zdziałać, skoro "telewizję polską" uprawiają obecnie dzieci i wnuki sowieckich kolaborantów, czciciele sowieckiego agenta Hansa Klossa, psa Szarika i spreparowanych przez speca od wojskowej propagandy postaci Polaków, "których wojna zapędziła na ziemię radziecką"?
Jako edukator IPN nie widzę większego sensu mojej i moich kolegów działalności, jeśli nie wesprą nas media publiczne. Jeszcze trochę i będę się bał publicznie odezwać w sprawach związanych z sowiecką okupacją Polski, bo społeczeństwo, wyedukowane na Szariku, Klossie i "wierzące w dokument", nie będzie akceptować mojej "reakcyjnej" działalności! W końcu jako historyczny "oszołom" dostanę wymówienie.
Może jednak nie wszystko stracone? Potrzebny jest codzienny monitoring tego, co na temat najnowszej historii Polski pokazuje się i wygaduje w mediach. Na instytucje państwowe raczej nie ma co liczyć. Potrzebna jest organizacja społeczna i podział zadań. Albo sobie poradzimy z sowiecką propagandą i jej współczesnymi piewcami, albo na zawsze pozostaniemy homosowietikusami bez przyszłości. Bo przyszłość buduje się na prawdzie o wydarzeniach z przeszłości.

Przykład francuski
Ze ścieżki dźwiękowej francuskiego filmu dokumentalnego o zbrodni katyńskiej. Konsultacja historyczna Aleksandra Kwiatkowska-Viatteau, realizacja Michel Hivert, tłumaczenie z francuskiego Marcin Kowalewski.
Fragment propagandowego filmu niemieckiego "W lesie katyńskim" (1943): "Na krańcach wschodniej Europy Dniepr przepływa przez ziemie zniszczone wojną. Pokój znów zdaje się królować nad krajem, jednak ziemia ta wciąż skrywa wiele okropności. Na wzgórzach, w miejscu, gdzie las spotyka się z rzeką, wznoszą się liczne budynki. Ich rozmiary sugerują, że nie są to skromne wiejskie chaty. To tutaj kaci z NKWD organizowali dzikie orgie z porwanymi wcześniej kobietami. Nieco dalej, za domami uciech, piaszczyste ścieżki znikają w lesie katyńskim. Tam niemieckie władze wojskowe, zaalarmowane przez prostych mieszkańców tego regionu, zaczęły kopać. Teraz wznoszą się tu kupki żółtego piasku, a pod młodymi drzewkami odkryto liczne mogiły, wcześniej starannie ukryte, a w nich stertami ułożone ludzkie ciała. Tu ostatnie tchnienie wydało ponad 12 tysięcy polskich oficerów. Ślady piasku w płucach świadczą, iż wielu z tych mężczyzn zostało pochowanych żywcem. Tożsamość zwłok można ustalić dzięki strzępom mundurów, głównie epoletów zamordowanych oficerów. Obecne są tu wszystkie szarże dawnej polskiej armii. Od lat byli oni uznawani za zaginionych. Oficjalna odpowiedź Stalina na wszelkie pytania brzmi: 'oficerowie ci przyjęli obywatelstwo radzieckie'. A dziś owych niby 'obywateli radzieckich' odnajdujemy zagrzebanych w 20-metrowych dołach. Wszystkie cenne przedmioty zniknęły, nie znaleziono przy niech żadnego zegarka czy złotej obrączki. Pozostały tylko przedmioty, które nie przedstawiały dla sowieckich katów żadnej wartości: prywatne papiery, zdjęcia żon i dzieci. Te dokumenty pozwolą zidentyfikować kolejne zwłoki. Nie można nie wzruszyć się, oglądając owe obrazki z ich życia, ostatnie cenne pamiątki, które pozostały poległym tu żołnierzom. Oto szczątki generała Smorawińskiego; członków służby medycznej; kapelana wojskowego i setek innych oficerów. Autopsja wykaże, że wszyscy zginęli od strzału w tył głowy. Komisje wszystkich krajów Europy, lekarze sądowi, naukowcy z Bułgarii, Danii, Włoch, Szwajcarii, Węgier oraz członkowie Czerwonego Krzyża uczestniczyli w ekshumacji i identyfikacji zwłok. Ustalili, że 12 000 polskich oficerów zostało zamordowanych przez NKWD podczas zimnej wiosny 1940 r. i pochowanych w lesie katyńskim w celu ukrycia przed resztą Europy wszelkich śladów tej odrażającej zbrodni".
Fragment propagandowego filmu sowieckiego "Tragedia w lesie katyńskim" (1945): "W lesie katyńskim, w dawnej 'Daczy', Niemcy rozmieścili swoje służby o niewinnie brzmiącej nazwie: Sztab Główny 537. batalionu. Tymczasem przez ów 'sztab główny' kierowany przez mordercę, podpułkownika Adelsa, miały zostać popełnione straszliwe zbrodnie. Wiosną 1941 roku na bezpośredni rozkaz Berlina Niemcy rozstrzelali około 11 tysięcy polskich oficerów, jeńców wojennych. Na początku 1943 roku hitlerowscy prowokatorzy próbowali obciążyć winą za te krwawe występki Związek Sowiecki, aby poróżnić Rosjan i Polaków oraz zakamuflować swoje zbrodnie. Tu znajdował się sztab główny, w 'Daczy' zajętej przez nazistów. Garaże i stajnie ocalały. Decyzją rządowej komisji specjalnej, której zadaniem jest ujawnienie zbrodni faszystowskiego agresora i jego wspólników, powstała komisja mająca zbadać okoliczności masakry polskich oficerów, jeńców wojennych w lesie katyńskim. Ekspert prawny Wilminikow, doktor nauk medycznych: 'Strzał w tył głowy to ulubiony sposób zabijania przez gestapowskich morderców'"...
Jak ci się, "telewizjo polska", podobają te fragmenty? Prawda, że i niemiecki, i sowiecki są bardzo sugestywne i wzruszające? "Uwierzmy w dokument"!

Piotr Szubarczyk
IPN Gdańsk

Referendum - teraz!

Referendum - teraz!
Nasz Dziennik, 2007-11-02
Ścieżka obok drogi

Jeszcze Platforma Obywatelska i PSL nie uzgodniły do końca programu nowego rządu, ani nie rozdzieliły ministerialnych tek, jeszcze prezydent nie powierzył nikomu misji tworzenia nowego rządu (nawiasem mówiąc, art. 154 Konstytucji RP wcale nie zobowiązuje prezydenta do desygnowania na premiera akurat Donalda Tuska; równie dobrze może desygnować Waldemara Pawlaka, czy Jarosława Kaczyńskiego. Czy taki rząd uzyskałby votum zaufania, to całkiem inna sprawa, ale formalnych przeszkód nie ma), zatem - jeszcze nie ma nowego rządu i nawet nie wiadomo, kiedy będzie, a już rozpoczęła się realizacja programu odwdzięczania. Tym właśnie tłumaczę sobie nieoczekiwaną decyzję pani Hanny Gronkiewicz-Waltz, żeby stadion narodowy na Euro-2012 budować gdziekolwiek, byle nie w okolicy, czy na miejscu Stadionu Dziesięciolecia na warszawskiej Pradze. Ano, kto szybko daje, dwa razy daje, więc cóż to będzie się działo, kiedy już rząd powstanie i zacznie rządzić?
Tego zdążymy się dowiedzieć w swoim czasie. W oczekiwaniu na tę ucztę (z władzą radziecką nie będziesz się nudził!), oczywiście wyłącznie duchową, bo z właściwej uczty żaden śmiertelnik nie dostanie nawet okruszka ("nie są podobni do mularzy, którzy mur wznoszą w wielkim trudzie; tu się pomocnik nie nadarzy, sami se zżują, dobrzy ludzie" - pisał o elitach politycznych i innych Franciszek Villon), spróbujmy dowiedzieć się u czynników miarodajnych, tzn. u pana prezydenta, jak to właściwie będzie z ewentualnym ratyfikowaniem przez Polskę Traktatu Reformującego Unię Europejską? Jak wiadomo, ma on być podpisany 13 grudnia, w rocznicę "wynegocjowania" traktatu akcesyjnego w Kopenhadze, co z kolei nastąpiło w rocznicę wprowadzenia stanu wojennego, więc jako element nowej, świeckiej tradycji, dzień ten powinien zostać oficjalnie ustanowiony w charakterze święta naszych okupantów. Ale 13 grudnia traktat ten ma zostać tylko podpisany, co oznacza wstęp do uruchomienia procedury ratyfikacyjnej. Zgodnie z art. 133 Konstytucji RP, umowy międzynarodowe ratyfikuje prezydent. Traktat Reformujący będzie jeszcze "umową międzynarodową", ponieważ ewentualne późniejsze umowy z pozostałymi prowincjami Unii Europejskiej już takiego charakteru chyba mieć nie powinny, więc i żadnej ratyfikacji nie powinny podlegać, ale Traktat - jeszcze tak. Zgodnie z art. 90 ust. 3 Konstytucji RP wyrażenie zgody na ratyfikację umowy, przekazującej organizacji międzynarodowej (w tym przypadku - nowemu państwu pod nazwą Unią Europejska) kompetencji organów władzy państwowej, może być uchwalone w referendum ogólnokrajowym. I wydaje się, że w tym przypadku referendum jest nawet konieczne, bo tu będzie chodziło o formalne zrzeczenie się suwerenności politycznej, która według art. 4 ust. 1 Konstytucji RP nie przysługuje ani Sejmowi, ani Senatowi, ani Zgromadzeniu Narodowemu, ani prezydentowi - tylko Narodowi. Skoro tak, to ewentualną decyzję w tej sprawie może podjąć tylko Naród, a jedynym sposobem wyrażenia takiej woli jest właśnie referendum. To powinno być jasne nie tylko dla przedstawicieli wszystkich władz polskich, ale również - dla partnerów z pozostałych krajów członkowskich UE. W przeciwnym bowiem razie będziemy w przyszłości kwestionowali prawomocność tej ratyfikacji, jako sprzecznej z zasadą nemo plus iuris in alium transfere potest, quam ipse habet, co się wykłada, że nikt nie może na innego przenieść więcej praw, niż sam posiada.


Stanisław Michalkiewicz

Ponownie za chlebem


Ponownie za chlebem
Tygodnik Katolicki Niedziela, 2007-11-04
Ponad granicami

Akces Polski do Unii Europejskiej 1 maja 2004 r. otworzył przed Polakami szansę znalezienia pracy poza granicami naszego kraju. Z okazji tej, jak dotąd, skorzystało, według różnych szacunków, od miliona do półtora miliona naszych rodaków
Emigracja zarobkowa nie jest niczym nowym. W XIX wieku w poszukiwaniu lepszego życia z Europy do obu Ameryk wyjeżdżały miliony ludzi. Nie posiadając wiele, sprzedawali wszystko, co mieli, kupowali bilet w jedną stronę i ruszali w nieznane. Lądowali w nowym świecie i rozpoczynali nowe życie. Części z nich się udawało, części nie.
Dzisiejsza polska emigracja ma wiele cech wspólnych, lecz różni się pod wieloma względami.

Cel
Krajami docelowymi są głównie Wielka Brytania, Irlandia, Szwecja i Francja. W ciągu ostatnich 3 lat wyjechało tam ponad 80% emigrantów. Głównym powodem migracji jest brak perspektyw w Polsce na lepsze życie, znalezienie lepiej płatnej pracy czy też podniesienie kwalifikacji zawodowych. W sytuacji, gdy poziom życia nad Wisłą i nad Tamizą jest podobny, a zarobki w Polsce sześciokrotnie niższe, łatwo określić kierunek migracji.
Innym powodem wyjazdów jest doskonalenie języka, chęć poznania kraju, zwiedzenia zabytków (przy okazji), zetknięcia się z wielkim światem.

Bariery
Największym problemem jest, oczywiście, język. Znaczenie ma również znajomość relacji między pracodawcą a pracownikiem. Obecne kraje UE to nie monolity narodowościowe, a pracodawcami nie są starzy mieszkańcy tamtych krajów, lecz wcześniejsi imigranci, np. Hindusi, Niemcy czy Włosi. Słyszy się również o napaściach na naszych rodaków. Czasami wynika to z zawiści o pracę, czasami z niedostosowania Polaków do odmienności kulturowej i nieumiejętności zachowania w różnych okolicznościach.

Młodzi i wykształceni
Głód pracy, pieniędzy i sukcesu motywuje Polaków do cięższej i dłuższej pracy za mniejsze wynagrodzenie niż otrzymują miejscowi. Blisko 60% stanowią zatrudnieni w fabrykach, magazynach, przy sortowaniu i pakowaniu, 17% osób pracuje w gastronomii - od "zmywaka" po stanowiska kierownicze, 8% - w rolnictwie, a tylko 4% - w usługach wysoko kwalifikowanych, reszta - w pozostałych sektorach, przy czym budownictwo nie stanowi jakiejś przygniatającej większości.
Wbrew pozorom, na rynku pracy nie dominuje młodzież. Najwięcej, bo 43% osób jest w wieku 18-24 lata, nieco mniej, bo 39%, stanowią osoby w wieku 25-34 lata, ale tylko 1% to osoby powyżej 55. roku życia.
Większość Polaków ma wykształcenie średnie i wyższe. To daje im przewagę nad miejscowymi. W Szwecji Polacy dominują pod tym względem nad Szwedami (25% osób w przedziale wieku 20-25 lat, Szwedzi tylko 20%).

Umiesz liczyć? Licz na siebie
Wyjeżdżający do pracy nie oczekują, że im ktoś pomoże, najczęściej zdają się na ślepy los. Często padają ofiarą oszustów, którzy w zamian za "załatwienie" pracy wyciągają od nich pokaźne sumy pieniędzy. Często jednak zasięgają porad u znajomych lub w... internecie. Nie tylko szukają tam ofert pracy, ale również czytają o zagrożeniach, jakie na nich czyhają na miejscu. Tworzone przez imigrantów witryny, blogi, listy dyskusyjne są prawdziwym i czasami jedynym przewodnikiem dla chętnych. Na miejscu pomagają lokalne biura pośrednictwa, zakładane, jakżeby inaczej, przez naszych rodaków. Każdy imigrant musi mieć świadomość, że nikt go tu za rękę prowadził nie będzie.

Nowy żywioł
Polacy są bardzo ambitni, pomysłowi, twórczy, obrotni. Chętniej angażują się w życie społeczności lokalnych, nie zatracając przy tym swej odrębności. Często zakładają własne przedsiębiorstwa, stowarzyszenia, poradnie, restauracje, kluby. Jednym słowem - wyjeżdżając z ojczyzny, obudowują się całą infrastrukturą właściwą swemu miejscu pochodzenia. Tworzą również nowe parafie i organizacje religijne.
W prasie pojawiają się dodatki polskojęzyczne, wychodzą polskie gazety. Miejscowi uczą się od Polaków nowych obyczajów, w tym kulinarnych.
Wraz z pojawieniem się dużej liczby imigrantów zdarzają się również patologie, a więc alkoholizm wywołany przez tęsknotę lub frustrację, przestępczość, prostytucja. Bezrobocie wynika częściej z szukania nowego zatrudnienia niż z powodu długotrwałego braku zajęcia.

Obserwacje proboszczów
Księża pracujący w polskich parafiach dzielą rodaków na dwie grupy. Pierwsza z nich to dorobkiewicze. Ci poświęcają wszystkie swe siły i czas, aby zarobić i wrócić do kraju. Nie angażują się raczej w życie religijne, zaniedbują Msze św., choć zachowują obyczaje, np. obchodzą święta Bożego Narodzenia, Wielkiej Nocy.
Więcej nadziei Kościół wiąże z ludźmi przybywającymi na stałe. Ci ściągają na nowe miejsce swoich współmałżonków i dzieci, odbudowują więzy społeczne, angażują się w życie parafii. W nich również pokładane są nadzieje, że przejmą funkcje starzejącej się i powoli wymierającej emigracji powojennej.

Polacy czy Europejczycy?
"Nie jesteśmy emigrantami, lecz obywatelami Unii. Każdy może sobie żyć i pracować, gdzie mu się żywnie podoba i jak długo zechce. Pracuję w kasynie, a moja manager - Francuzka dojeżdża do pracy z Francji, codziennie pociągiem. Moja koleżanka Niemka, lekarz, dolatuje na weekendy z Hamburga na 3 dyżury. Nikt się Niemców, Francuzów nie czepia i nie mówi o nich emigranci".
"Ja od 2 lat jestem właśnie jedną nogą w Polsce, a drugą - w Wielkiej Brytanii. Nie narzekam w Wielkiej Brytanii na nic, ale to nie jest moje miejsce. Jedyny kraj, w którym czuję się dobrze, to Polska, i dlatego kiedyś tam wrócę i będę wreszcie u siebie. Nie będzie jakiś Angol mówił mi, że jestem z kontynentu, jakby było w tym coś złego. Za Polskę walczył mój dziadek i pradziadek, a ziemia nasiąkła ich krwią, i dlatego tam jest moje miejsce i mogę się czuć jak w domu. Nie chcę się tutaj integrować, i to jest mój wybór".
Komfort wygodnego życia stwarza jednak zagrożenie tożsamości narodowej. Szybsza asymilacja (jak w przypadku pierwszym) sprzyja wynarodowieniu, choć o tym decyduje głównie indywidualna postawa (podobnie jak w przypadku drugim). Bardzo często w rodzinach mieszanych, gdzie asymilacja nastąpiła błyskawicznie, dopiero dzieci, zadając pytanie: "Skąd są moi rodzice?" - zaczynają poszukiwać korzeni i przyjeżdżają do Polski.

Tak blisko, tak daleko
Samolotem z Warszawy do Londynu leci się 3 godziny. To krócej niż trwa podróż z Warszawy do Zakopanego, mimo że odległość jest 4-krotnie większa. Dłuższy pobyt w nowym miejscu rodzi tęsknotę za domem. Dla rozdzielonych rodzin emigracja zarobkowa jednego z członków bywa próbą wierności małżeńskiej, czasami więc dochodzi do rozwodów. Wielu Polaków przenosi się do nowego miejsca z całymi rodzinami, z dziećmi. Szkoła lub przedszkole z językiem polskim jest dodatkową troską emigrantów. Pozostawienie dziecka pod opieką dziadków nie wchodzi w rachubę.
Osoby samotne mają łatwiej, ale i im trudno rozstać się ze swoimi pupilami. Bywa, że nowi imigranci szukają mieszkań, w których właściciel akceptuje np. kota.
Tęsknota za Polską objawia się podczas świąt. Polacy, przyzwyczajeni do ich rodzinnego charakteru, poszukują bliskości i ciepła. Dodatkowo społeczeństwa, wśród których żyją, sprowadziły te dni do przedłużonego weekendu, nadając im wyłącznie komercyjny charakter, albo też jest to dla nich normalny dzień pracy.
Dobrze rozwinięta telekomunikacja, spadające opłaty, a przede wszystkim dość powszechny już internet sprawiają, że nie tylko kontakt z domem, ale również śledzenie bieżących wydarzeń, uczestniczenie w życiu kraju, zachowanie języka i pielęgnowanie kultury narodowej jest prostsze. Brakuje kultury wyższej (teatr, opera, filharmonia). Bywa, że osoby o wyższym statucie materialnym przyjeżdżają do Polski tylko do opery.

Wydrenowany kraj
Z powodu wyjazdu wielkiej rzeszy Polaków w kraju wyczuwa się dotkliwy brak fachowców. Bywa, że remonty rozpoczęte przeciągają się wiele miesięcy, bo ekipa właśnie wyjechała na kontrakt do Wielkiej Brytanii czy Irlandii i zarobi tam więcej, niż wyniesie kara za niedotrzymanie terminu w kraju. Ściąganie ekip z innych miast podnosi koszty. Pozornie bezrobocie w Polsce spada, gdyż na miejsce emigrantów przyjmowani są dotychczasowi bezrobotni. Jednakże są to zazwyczaj osoby o mniejszych umiejętnościach i doświadczeniu. Dlatego też w branżach, z których odpłynęła duża liczba specjalistów, nowych poszukuje się za granicą, głównie na Ukrainie, a nawet w Tadżykistanie.

Boom konsumpcyjny
Polacy pracujący za granicą często przesyłają rodzinom i bliskim swoje zarobki. Tylko w II półroczu 2006 i w I półroczu 2007 r. suma kwoty przekazanej do Polski wyniosła ponad 8 mld dolarów, co spowodowało olbrzymi zastrzyk gotówki na rynku w Polsce, a tym samym wytworzyło boom popytowy. Gwałtownie wzrosła konsumpcja rozmaitych dóbr. Handel zwiększył obroty. Ludzie rozpoczęli inwestycje na rynku nieruchomości, wcześniej wstrzymane z powodu braku funduszy. Ten boom konsumpcyjny nie ma natomiast charakteru trwałego i nie stanowi koła zamachowego gospodarki. Dobra koniunktura musi potrwać kilka lat, aby koszty ponoszone przez inwestorów zaczęły się zwracać. Dużą nadzieję wiąże się z osobami powracającymi po latach do Polski.
Powrót
Ostatnio prasa donosi, że niektórzy Polacy zaczynają wracać. Wzbogacili się, nabrali doświadczenia i chcą związać swoją przyszłość z krajem. Wielu z nich pragnie założyć przedsiębiorstwa w Polsce. Jednakże na drodze staje im fiskalizm. Ze względu na różnice w kwotach objętych progami podatkowymi, przeciętnie zarabiający za granicą rodak już po kilku miesiącach wpada w polski drugi, a nawet trzeci próg podatkowy. Płacąc 20-procentowy podatek dochodowy w kraju zatrudnienia, po przyjeździe do Polski musi zapłacić różnicę. To doprowadza do frustracji i rodzi niechęć do powrotu. W ciągu ostatniego roku Polska zawarła umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania z wieloma państwami. Jednakże nie obejmuje to osób, których przychody powstały wcześniej. Żądają oni abolicji podatkowej, pod rygorem pozostania na emigracji. Oczywiście, jest to niewykonalne chociażby z zasady równości wobec prawa. Uprzywilejowanie emigrantów z pewnością wywołałoby protesty w Polsce.
Innym problemem przy powrocie do Polski jest znalezienie satysfakcjonującej pracy w zawodzie wcześniej wykonywanym.
W przypadku rodzin z dziećmi, które już rozpoczęły naukę, konieczne jest przygotowanie ich do wyższych wymogów szkoły polskiej, zwłaszcza od strony nauki języka polskiego.

Katastrofa konsularna
Państwo polskie w ogóle nie było przygotowane na tak wielką emigrację zarobkową. Odczuwalny jest wobec tego brak opieki konsularnej. Głównie chodzi o możliwość wyrobienia dokumentu czy dokumentu zastępczego w przypadku jego utraty. W Wielkiej Brytanii brakuje konsulatu w Belfaście (Irlandia Północna). Mimo uruchomienia drugiej zmiany, konsulaty zawalone są pracą. Odczuwalne są braki kadrowe, lokalowe i sprzętowe do obsługi interesantów. W Manchesterze parafia polska udostępniła pomieszczenia w celu utworzenia w nim placówki konsularnej.
MSZ do spółki z innymi ministerstwami tworzy program "Powrót", ale jego wdrożenie wymaga czasu, gdyż olbrzymia maszyna biurokratyczna urzędów centralnych ulega właściwej sobie inercji.

Stara i nowa Polonia
W krajach stanowiących cel migracji zarobkowych nie odczuwa się zderzenia cywilizacji starego i nowego wychodźstwa. Młodzi Polacy włączają się w pracę placówek polonijnych, zwłaszcza że te oferują im rozmaitą pomoc, głównie w przełamywaniu barier zawodowych, np. Stowarzyszenie Inżynierów i Techników w Wielkiej Brytanii prowadzi szkolenia dostosowawcze dla rodaków. Bardzo często poszukują tam też atmosfery polskości, z której zostali wyrwani przez zmianę miejsca zamieszkania. W końcu, jeśli nowa emigracja osiądzie, będzie miał kto przejąć olbrzymią spuściznę po rodakach na trwałe związanych z wychodźstwem!


Radosław Kieryłowicz

Przełomowa rezolucja PE

Przełomowa rezolucja PE
pos. Janusz Wojciechowski - poseł do PE (2007-10-31)
Aktualności dnia
słuchajzapisz

Pierwsze wyroki w sprawie madryckich zamachów z 11 marca 2004 oraz wojujący socjalizm w Hiszpanii

Pierwsze wyroki w sprawie madryckich zamachów z 11 marca 2004 oraz wojujący socjalizm w Hiszpanii
o. Marek Raczkiewicz - Madryt (2007-10-31)
Aktualności dnia
słuchajzapisz

Głowne instrumenty polskiej dyplomacji

Głowne instrumenty polskiej dyplomacji
prof. dr hab. Mariusz Muszyński - Przedstawiciel Ministra Spraw Zagranicznych ds. współpracy polsko - niemieckiej (2007-10-31)
Aktualności dnia
słuchajzapisz