Premier: W Polsce szykuje się "putinada"
Będziemy się zajmowali monitorowaniem sprawy wolności mediów, bo szykuje się tutaj "putinada" - zapowiedział premier Jarosław Kaczyński po spotkaniu z redaktorami "Gazety Polskiej" Tomaszem Sakiewiczem i Katarzyną Hejke.
"Szykuje się "putinada", polegająca na tym, że ci, którzy mają poglądy inne niż ekipa rządząca, niż media, które wywierają dziś największy wpływ na opinię publiczną, tak jak "Gazeta Wyborcza", będą sekowani" - zapowiada premier.
Friday, November 2, 2007
Rząd z łapanki

Rząd z łapanki
Nasz Dziennik, 2007-11-03
W poniedziałek pierwsze posiedzenie nowego parlamentu Liderzy Prawa i Sprawiedliwości obiecują bardzo uważnie patrzeć na ręce przyszłym rządzącym, zapowiadając twardą i konstruktywną opozycję ze swojej strony. A już przy konstruowaniu nowego rządu znalazła się okazja, by wypunktować nieudolność przyszłej partii rządzącej. Sam sposób wyboru ministrów przez Donalda Tuska premier Jarosław Kaczyński nazwał "łapanką". Kto stanie na czele tak ważnych resortów, jak finansów czy sprawiedliwości, możemy wiedzieć już w poniedziałek. Dotychczas jednak pojawiają się jedynie spekulacje na ten temat, co pokazuje, że Platforma Obywatelska wcale nie była przygotowana na podjęcie tak ważnych decyzji, jak obsada ministerstw. - Pada mit partii przygotowanej do przejęcia władzy - powiedział wczoraj premier Jarosław Kaczyński. Zdaniem szefa rządu, który w poniedziałek poda swój gabinet do dymisji, "koncepcja przygotowywania przejęcia władzy przez Platformę nie jest nawet śmieszna", a sposób wyboru kandydatów na ministrów, gdy dyskutuje się, czy ministrem zostać ma "ten czy tamten", określił mianem "łapanki". Politycy Prawa i Sprawiedliwości również zgłaszają zastrzeżenia co do dwóch kandydatów Platformy na ministerialne stanowiska. Chodzi o Radosława Sikorskiego i Michała Boniego. Według Jarosława Kaczyńskiego, w przypadku Sikorskiego chodzi o sprawę "mającą klauzulę tajemnicy państwowej". O tym natomiast, że Michał Boni z racji podpisania deklaracji współpracy z SB nie powinien sprawować ministerialnej funkcji, mówił w publicznym radiu wicepremier Przemysław Gosiewski. Jarosław Kaczyński już zapowiedzial, iż Prawo i Sprawiedliwość jako najsilniejsza partia opozycyjna będzie uważnie monitorować kwestię wolności mediów. - Szykuje się "putinada" polegająca na tym, że ci, którzy mają poglądy inne niż ekipa rządząca, niż media, które wywierają dzisiaj największy wpływ na opinię publiczną, takie jak na przykład "Gazeta Wyborcza", będą sekowani i będą zablokowane wszelkie mechanizmy kontroli - mówił premier. A przyczyną wypowiedzenia takich słów była decyzja Sądu Rejonowego w Warszawie o doprowadzeniu przez policję na rozprawę redaktora naczelnego "Gazety Polskiej" i jego zastępczyni. Co oznacza, że wcześniej mogą trafić oni do aresztu. Z obojgiem premier się wczoraj spotkał. Według Jarosława Kaczyńskiego, w sprawie tej mógł "zawinić" asesor, czyli kandydat na sędziego, który taką decyzją mógł chcieć się przypodobać nadchodzącej władzy i w ten sposób odpowiednio "ustawić". - To polityczne prześladowanie. W demokrację nie godzi walka z korupcją, w demokrację godzą tego rodzaju wyczyny - mówił premier. Sprawę kierownictwu "Gazety Polskiej" wytoczyła telewizja TVN, a chodziło o artykuł, który ukazał się w "Gazecie". Napisano w nim, że były już sekretarz programowy TVN Milan Subotić był współpracownikiem Wojskowych Służb Informacyjnych. - Nie ma powodu do zatrzymywania kogoś, kto nie stawił się w takiej sprawie, nawet jeśli jest to nieobecność nieusprawiedliwiona - mówił premier. Jak wyjaśniał, szef "Gazety Polskiej" zapewniał go, że na wcześniejsze wezwania sądu się stawiał, a tym razem przedstawił usprawiedliwienie w związku ze swoim wyjazdem za granicę.
Artur Kowalski
Kandydat na ministra podpisał deklarację współpracy z SB Kandydat na ministra podpisał deklarację współpracy z SB

Kandydat na ministra podpisał deklarację współpracy z SB
Jeszcze przed pierwszym posiedzeniem Sejmu w najbliższy poniedziałek ma być gotowy zarys umowy koalicyjnej Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Ostateczne decyzje o podziale resortów pomiędzy koalicjantami powinniśmy poznać po kolejnym spotkaniu liderów obu partii, do którego miałoby dojść najpóźniej w poniedziałek.
To między innymi od "sytuacji politycznej" i od tego, czy "będzie podpisana umowa koalicyjna", zależy, czy w poniedziałek, kiedy do dymisji podaje się premier Jarosław Kaczyński, prezydent Lech Kaczyński powierzy Donaldowi Tuskowi misję tworzenia nowego rządu.
Sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta Michał Kamiński, choć podkreśla, że prezydent ma 14 dni od dymisji rządu na wskazanie kandydata na nowego premiera, to jednak - jak stwierdził - nikomu nie zależy na tym, żeby sprawy przeciągać i "żeby były jakiejś gierki". - Prezydent Lech Kaczyński nie będzie blokował powoływania żadnych ministrów, jeśli będą w ich przypadku spełnione warunki konstytucyjne - zadeklarował Kamiński.
Według lidera PO Donalda Tuska, zarys umowy koalicyjnej ma być gotowy 5 listopada, czyli w dniu pierwszego posiedzenia nowego Sejmu. Jak zadeklarował, umowa będzie "spisem celów" koalicji, a nie "obszerną lekturą". Jeszcze tego samego dnia bądź wcześniej, w niedzielę, dojdzie do kolejnego spotkania liderów partii tworzącej się koalicji. Zdaniem posłów PSL, to podczas tego spotkania zapaść ma decyzja, które ostatecznie resorty przypadną ludowcom. Polskie Stronnictwo Ludowe ma otrzymać stanowisko wicepremiera dla Waldemara Pawlaka oraz teki ministrów: gospodarki i rolnictwa, a także do wyboru - ochrony środowiska bądź pracy.
"Skrucha" na pokaz
W przypadku tego ostatniego resortu sytuacja jego obsady nieco się skomplikowała. Kandydat Donalda Tuska na funkcję ministra pracy - Michał Boni - ogłosił bowiem publicznie, że w 1985 r. podpisał deklarację współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa. Przepraszając, mówił, że został do tego zmuszony szantażem i jest przekonany, iż swoimi rozmowami z SB "ani razu nikogo nie naraził na niebezpieczeństwo". Przyznanie się Boniego do podpisania deklaracji współpracy z PRL-owskimi slużbami bezpieczeństwa niewielu mogło jednak dziwić. Były minister pracy i polityki socjalnej w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego figurował bowiem już na liście Macierewicza. Wątpliwości budzić mogą natomiast intencje byłego i na razie niedoszłego ministra pracy, którego "sumienie ruszyło" dopiero po wielu latach, na kilka dni przed tym, kiedy miałby objąć kolejne ważne stanowisko publiczne. Tym razem sytuacja jest jednak inna niż wtedy, gdy w przeszłości Boni obejmował takie państwowe funkcje. Teraz bowiem musiałby złożyć deklarację, czy współpracował z PRL-owskim aparatem bezpieczeństwa. Gdyby skłamał, po przedstawieniu odpowiednich dokumentów przez Instytut Pamięci Narodowej po prostu straciłby pełnioną funkcję i musiałby odejść w niesławie. Donald Tusk deklarował jednak podtrzymanie woli współpracy z Bonim. - W najbliższych dniach zaproponuję Boniemu poważną współpracę w przyszłym rządzie - mówił lider Platformy. Prawdopodobnie nie będzie to jednak propozycja objęcia funkcji ministra pracy. Już bowiem zanim Boni zorganizował konferencję prasową, podczas której przyznał się do podpisania deklaracji współpracy z SB, Zbigniew Chlebowski - szykowany na szefa klubu PO - zapowiedział, że "wszystko wskazuje" na to, iż resort pracy przypadnie ludowcom.
Ważą się też losy Bogdana Zdrojewskiego, któremu obiecał miejsce w rządzie Donald Tusk. O obecnym jeszcze szefie klubu PO jako dobrym kandydacie na ministra obrony, mogącym dobrze współpracować z prezydentem, mówił premier Jarosław Kaczyński. Ale, jak powiedział premier w publicznym radiu, Zdrojewski "ma nie zostać ministrem", a w samej Platformie "są jakieś rozgrywki" i decydujące znaczenie mają "często względy całkowicie niemerytoryczne". - Z tego co wiem, to Zdrojewski zgłasza też aspiracje bycia dobrym ministrem kultury - mówił Chlebowski, być może wskazując w ten sposób swojemu klubowemu koledze miejsce w szeregu.
Z objęcia stanowiska ministra edukacji narodowej zrezygnował natomiast Jarosław Gowin. Jak deklaruje, woli zająć się budową struktur Platformy na południu Polski, gdzie PO przegrywa z Prawem i Sprawiedliwością. Donald Tusk stwierdził, że szefem MEN mogłaby zostać obecna wiceprezydent Gdańska Katarzyna Hall, określona przez lidera PO jako "genialna kobieta". Swoje miejsce w gabinecie tworzonym przez Donalda Tuska znaleźć ma również Cezary Grabarczyk. Poseł Platformy, którego nazwisko padało do tej pory najczęściej w kontekście objęcia teki ministra sprawiedliwości, miałby zostać ministrem infrastruktury.
Artur Kowalski
Prezydent nie chce Borusewicza
Prezydent nie chce Borusewicza
Nasz Dziennik, 2007-11-02
Po ostatnich decyzjach kadrowych prezydenta Lecha Kaczyńskiego Rada Bezpieczeństwa Narodowego zaczyna przypominać "towarzystwo wzajemnej adoracji"
Prezydent RP Lech Kaczyński - jak poinformowała w środę wieczorem Kancelaria Prezydenta - odwołał ze składu Rady Bezpieczeństwa Narodowego Bogdana Borusewicza, marszałka Senatu i polityka Platformy Obywatelskiej. Współpracownicy prezydenta Kaczyńskiego nie przedstawili żadnego uzasadnienia tej decyzji. Nieoficjalnie w kręgach zbliżonych do władz klubu PiS mówi się, że "prezydent się obraził". Bogdan Borusewicz jeszcze kilka tygodni temu uważany był za człowieka bliskiego braciom Kaczyńskim i tzw. przyjaciela domu. Sytuacja zmieniła się, kiedy obecny marszałek Senatu w wyborach parlamentarnych kandydował z list Platformy Obywatelskiej. Sam Borusewicz jest zdania, że taka decyzja to zapowiedź zmiany koncepcji funkcjonowania RBN.
Rada Bezpieczeństwa Narodowego jest organem doradczym prezydenta w zakresie wewnętrznego i zewnętrznego bezpieczeństwa państwa, jednak sugestie członków Rady mają charakter jedynie konsultacyjny i nie są dla niego wiążące. Do tej pory standardem było, że w gronie RBN zasiadali przedstawiciele najwyższych organów państwa, w tym marszałkowie Sejmu i Senatu. Sytuacja zmieniła się w środę wieczorem, kiedy Kancelaria Prezydenta RP wydała lakoniczne jednozdaniowe oświadczenie: "Postanowieniem z dnia 31 października 2007 r. odwołuję Bogdana Borusewicza ze składu Rady Bezpieczeństwa Narodowego". Pracownicy prezydenta Kaczyńskiego nie podali żadnego uzasadnienia takiej decyzji. Sam Borusewicz jest zdania, że była to autonomiczna decyzja prezydenta, którą miał prawo podjąć.
- Prezydent ma prawo powoływać i odwoływać ze swojego organu doradczego. To jest jasne. To po pierwsze, a po drugie, to zapewne jest zapowiedź zmiany koncepcji funkcjonowania tej rady. Dotychczas była to koncepcja zawierająca funkcjonowanie w tej radzie najwyższych organów w państwie, czyli premiera, marszałka Sejmu, Senatu, ministra spraw zagranicznych i obrony narodowej. Zapewne jest to zmiana koncepcji - mówił Bogdan Borusewicz (PO).
Jeszcze przed kilkoma tygodniami Bogdan Borusewicz, który do Senatu kończącej się kadencji dostał się dzięki poparciu Prawa i Sprawiedliwości, uważany był za człowieka bliskiego Kaczyńskim i tzw. przyjaciela domu. To właśnie Borusewicz wspólnie z Bogdanem Romaszewskim namawiali i ostatecznie skłonili prezydenta Lecha Kaczyńskiego do przygotowania nowelizacji nowej ustawy lustracyjnej - nowelizacji, która w efekcie znacznie ograniczyła zakres lustracji. Nieoficjalnie wiadomo, że przyjaźń Lecha Kaczyńskiego z Borusewiczem została wystawiona na poważną próbę, kiedy marszałek Senatu oficjalnie poparł w wyborach parlamentarnych Platformę Obywatelską, znalazł się na jej liście wyborczej i ostro zaatakował rząd PiS. To właśnie kandydatura Borusewicza z list Platformy była zapowiadaną przez Donalda Tuska "bombą" konwencji wyborczej PO w Gnieźnie, określoną przez Jarosława Kaczyńskiego mianem "przemokniętego kapiszona".
- Lech Kaczyński poczuł się zapewne zdradzony przez Borusewicza. "Strzelił focha", ale w trakcie kampanii nie wypadało mu wykonywać takich ruchów personalnych, więc zrobił je teraz - mówi jeden z polityków PiS.
Wcześniej, 18 września 2007 r., ze składu Rady Bezpieczeństwa Narodowego Lech Kaczyński odwołał: Radosława Sikorskiego, byłego szefa MON, zaś 21 sierpnia br. - byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza oraz Marka Jurka, byłego marszałka Sejmu. W RBN nadal zasiadają zaś: Jarosław Kaczyński, Ludwik Dorn, Władysław Stasiak, Anna Fotyga i Aleksander Szczygło.
Wojciech Wybranowski
Nasz Dziennik, 2007-11-02
Po ostatnich decyzjach kadrowych prezydenta Lecha Kaczyńskiego Rada Bezpieczeństwa Narodowego zaczyna przypominać "towarzystwo wzajemnej adoracji"
Prezydent RP Lech Kaczyński - jak poinformowała w środę wieczorem Kancelaria Prezydenta - odwołał ze składu Rady Bezpieczeństwa Narodowego Bogdana Borusewicza, marszałka Senatu i polityka Platformy Obywatelskiej. Współpracownicy prezydenta Kaczyńskiego nie przedstawili żadnego uzasadnienia tej decyzji. Nieoficjalnie w kręgach zbliżonych do władz klubu PiS mówi się, że "prezydent się obraził". Bogdan Borusewicz jeszcze kilka tygodni temu uważany był za człowieka bliskiego braciom Kaczyńskim i tzw. przyjaciela domu. Sytuacja zmieniła się, kiedy obecny marszałek Senatu w wyborach parlamentarnych kandydował z list Platformy Obywatelskiej. Sam Borusewicz jest zdania, że taka decyzja to zapowiedź zmiany koncepcji funkcjonowania RBN.
Rada Bezpieczeństwa Narodowego jest organem doradczym prezydenta w zakresie wewnętrznego i zewnętrznego bezpieczeństwa państwa, jednak sugestie członków Rady mają charakter jedynie konsultacyjny i nie są dla niego wiążące. Do tej pory standardem było, że w gronie RBN zasiadali przedstawiciele najwyższych organów państwa, w tym marszałkowie Sejmu i Senatu. Sytuacja zmieniła się w środę wieczorem, kiedy Kancelaria Prezydenta RP wydała lakoniczne jednozdaniowe oświadczenie: "Postanowieniem z dnia 31 października 2007 r. odwołuję Bogdana Borusewicza ze składu Rady Bezpieczeństwa Narodowego". Pracownicy prezydenta Kaczyńskiego nie podali żadnego uzasadnienia takiej decyzji. Sam Borusewicz jest zdania, że była to autonomiczna decyzja prezydenta, którą miał prawo podjąć.
- Prezydent ma prawo powoływać i odwoływać ze swojego organu doradczego. To jest jasne. To po pierwsze, a po drugie, to zapewne jest zapowiedź zmiany koncepcji funkcjonowania tej rady. Dotychczas była to koncepcja zawierająca funkcjonowanie w tej radzie najwyższych organów w państwie, czyli premiera, marszałka Sejmu, Senatu, ministra spraw zagranicznych i obrony narodowej. Zapewne jest to zmiana koncepcji - mówił Bogdan Borusewicz (PO).
Jeszcze przed kilkoma tygodniami Bogdan Borusewicz, który do Senatu kończącej się kadencji dostał się dzięki poparciu Prawa i Sprawiedliwości, uważany był za człowieka bliskiego Kaczyńskim i tzw. przyjaciela domu. To właśnie Borusewicz wspólnie z Bogdanem Romaszewskim namawiali i ostatecznie skłonili prezydenta Lecha Kaczyńskiego do przygotowania nowelizacji nowej ustawy lustracyjnej - nowelizacji, która w efekcie znacznie ograniczyła zakres lustracji. Nieoficjalnie wiadomo, że przyjaźń Lecha Kaczyńskiego z Borusewiczem została wystawiona na poważną próbę, kiedy marszałek Senatu oficjalnie poparł w wyborach parlamentarnych Platformę Obywatelską, znalazł się na jej liście wyborczej i ostro zaatakował rząd PiS. To właśnie kandydatura Borusewicza z list Platformy była zapowiadaną przez Donalda Tuska "bombą" konwencji wyborczej PO w Gnieźnie, określoną przez Jarosława Kaczyńskiego mianem "przemokniętego kapiszona".
- Lech Kaczyński poczuł się zapewne zdradzony przez Borusewicza. "Strzelił focha", ale w trakcie kampanii nie wypadało mu wykonywać takich ruchów personalnych, więc zrobił je teraz - mówi jeden z polityków PiS.
Wcześniej, 18 września 2007 r., ze składu Rady Bezpieczeństwa Narodowego Lech Kaczyński odwołał: Radosława Sikorskiego, byłego szefa MON, zaś 21 sierpnia br. - byłego premiera Kazimierza Marcinkiewicza oraz Marka Jurka, byłego marszałka Sejmu. W RBN nadal zasiadają zaś: Jarosław Kaczyński, Ludwik Dorn, Władysław Stasiak, Anna Fotyga i Aleksander Szczygło.
Wojciech Wybranowski
System dwupartyjny czy oligarchiczny
System dwupartyjny czy oligarchiczny
Nasz Dziennik, 2007-11-02
Niektórzy komentatorzy jako pozytywny rezultat wyborów parlamentarnych wymieniają krystalizowanie się sceny politycznej w Polsce. Ostatecznym modelem politycznym miałby być system dwupartyjny, na wzór istniejącego w Ameryce.
Domaganie się silnej władzy i "spokoju" na scenie politycznej może wydawać się korzystne dla postronnego obserwatora. Wszak chaos w polskiej polityce był czymś męczącym na początku lat dziewięćdziesiątych. Czy jednak dobry jest sztucznie zaprowadzony "porządek"? W sytuacji, gdy mamy w Polsce system partii wodzowskich, może dojść do tego, iż wytworzy się u nas model oligarchiczny, finansowany w dodatku z budżetu państwa.
Przypomnijmy, że system finansowania partii z budżetu miał zapobiegać korupcji. Jak wiadomo, korupcji to nie zlikwidowało, jednakże przyczyniło się do redukcji partii na scenie politycznej. Drobne byty nie wytrzymały konkurencji wielkich partii. Wszak nikt nie może sobie pozwolić na wydanie tak dużej ilości pieniędzy na kampanię jak największe partie, otrzymujące dziesiątki milionów złotych z budżetu. Lider - wódz partyjny, dysponując takimi środkami może być praktycznie nieusuwalny. Jego odejście musiałoby się łączyć z totalnym upadkiem danej partii, jak to miało miejsce w przypadku wodza LPR. Zatem wydając kolejne miliony z naszych podatków, możemy w niedługiej perspektywie zapewnić sobie układ dwupartyjny, ale najprawdopodobniej byłby to układ oligarchiczny. Inne partie nie funkcjonowałyby na niwie parlamentarnej nie tyle z braku społecznej potrzeby, ale z powodów finansowych. Kto zatem zagwarantuje, że za lat kilkanaście nie doszłoby do kryzysu na scenie politycznej podobnego do tego włoskiego sprzed kilku lat? Oczywiście, sprawą do przemyślenia nie jest tworzenie dwubiegunowego systemu partyjnego, lecz ewentualne mocne zwiększenie kompetencji prezydenta, wybieranego w wyborach powszechnych.
Należy pamiętać, że w Europie trudno znaleźć kraj o dwupartyjnym systemie. Nie ma takiego systemu nawet w Wielkiej Brytanii czy w Niemczech. Gdyby poprzez system finansowania lub poprzez zmiany w Konstytucji (okręgi jednomandatowe) powstałby system dwupartyjny, automatycznie wyeliminuje wyraziste postaci i podmioty ze sceny politycznej. Trudno by np. znaleźć wówczas miejsce dla prawicy narodowej. Oczywiście niektórzy stwierdzą, że miejsce to zajęłaby prawa flanka PiS. Tylko pamiętać należy, że byłby to jednak margines, mający niewielki wpływ na decyzje w partii. Wszak, jak już nadmieniliśmy, w partii rządzi ten, kto dysponuje pieniędzmi, a więc lider partii. Stworzenie na płaszczyźnie instytucjonalnej stronnictwa narodowego, mającego swe przełożenie parlamentarne, dawałoby niepomiernie większe możliwości oddziaływania na kierunek polityki polskiej. Przede wszystkim można by otwarcie prezentować program narodowy, nie pytając o zgodę kogoś z monopartii. Po drugie, naturalna konkurencja z prawicą pragmatyczną powodowałaby konieczność większego uwzględniania postulatów narodowych przez ewentualny centroprawicowy rząd. Połączenie całej sceny politycznej w monolit takie możliwości mocno ograniczy.
Jest jeszcze jeden bardzo poważny powód, dla którego wyprofilowanie sceny politycznej dwubiegunowo mogłoby się okazać niekorzystne. Mam tutaj na myśli wybory. Już dzisiaj w wydaniu największych ugrupowań polegały one na medialnych serialach w stylu: "mordo ty moja". Nie było praktycznie pogłębionej debaty programowej, lecz skomasowany przekaz aktorsko-medialny. Owo aktorstwo przejawiało się również we wzajemnym podkupywaniu znanych polityków po to, aby udowodnić swoją wiarygodność. Do tego doszło ustawianie politycznych gwiazd na pierwszych miejscach w okręgach zupełnie nieprzystających do ich naturalnej pracy politycznej (Roman Giertych w Lublinie, Zyta Gilowska w Poznaniu, Donald Tusk w Warszawie itp.). Wszystko to będzie już dziś powodowało potężny dystans obecnych posłów do spraw ludzi z okręgów, z których kandydowali. A wszystko dlatego, że o wyniku wyborczym decyduje medialny matrix, a nie realny kontakt z wyborcą. W sytuacji, gdyby ze sceny politycznej zniknęły małe podmioty, całą kasę budżetową przejęłyby dwie największe partie. Aż trudno sobie wyobrazić, z jak potężną ilością różnorakich wyborczych filmów, medialnych haków i muzyczno-politycznych festiwali mielibyśmy do czynienia. Wybory przypominałyby do złudzenia wybór zwycięzców z "Tańca z gwiazdami", nie mając wiele wspólnego z debatą polityczną na temat przyszłości kraju.
Zatem niekoniecznie to, co z pozoru wydaje się prostym rozwiązaniem dla sceny politycznej, musi być korzystne dla wyborców. A jeśli nie będzie to korzystne dla wyborców, to i dla Polski działania redukujące liczbę ugrupowań nie muszą przynieść pożytku. Zatem wydaje się, że już niedługo możemy stanąć przed perspektywą oligarchizacji Polski, który to proces zafundowaliśmy sobie poprzez system finansowania partii politycznych z budżetu. I to może się okazać o wiele poważniejszym problemem, niż tworzenie systemu dwupartyjnego. Już dziś coraz mniej jest stanowisk - od dyrektora szkoły począwszy, a na szefie PZU kończąc - które nie byłyby uzależnione od decyzji mniejszych lub większych magnatów partyjnych. Ale czy upartyjnienie polskiego życia publicznego dobrze służy Polsce? Lepiej jeśli sobie na to pytanie odpowiemy w miarę szybko. W przeciwnym razie podczas następnych wyborów możemy już totalnie pogubić się w matriksie wyborczym, stając się przedmiotem różnorakich medialnych zabiegów i manipulacji. I wcale nie będziemy zadowoleni, że mamy w Ojczyźnie dwupartyjny system. Polskę trzeba odpartyjnić, na ile to tylko jest możliwe, od samorządów począwszy. Bo nie silnymi partiami będzie ona sprawnie zarządzana, ale silnym zaangażowaniem ludzi w terenie. Partie dobierają sobie ludzi nie tyle kompetentnych, co bezwzględnie lojalnych. Przez ten fakt spada niepomiernie poziom polskich elit, również na płaszczyźnie regionalnej. Nie martwmy się zatem, jak zbudować wielkie partie, gdyż możemy bardzo szybko pogrążyć się w oligarchizacji życia społecznego.
Mieczysław Ryba
Nasz Dziennik, 2007-11-02
Niektórzy komentatorzy jako pozytywny rezultat wyborów parlamentarnych wymieniają krystalizowanie się sceny politycznej w Polsce. Ostatecznym modelem politycznym miałby być system dwupartyjny, na wzór istniejącego w Ameryce.
Domaganie się silnej władzy i "spokoju" na scenie politycznej może wydawać się korzystne dla postronnego obserwatora. Wszak chaos w polskiej polityce był czymś męczącym na początku lat dziewięćdziesiątych. Czy jednak dobry jest sztucznie zaprowadzony "porządek"? W sytuacji, gdy mamy w Polsce system partii wodzowskich, może dojść do tego, iż wytworzy się u nas model oligarchiczny, finansowany w dodatku z budżetu państwa.
Przypomnijmy, że system finansowania partii z budżetu miał zapobiegać korupcji. Jak wiadomo, korupcji to nie zlikwidowało, jednakże przyczyniło się do redukcji partii na scenie politycznej. Drobne byty nie wytrzymały konkurencji wielkich partii. Wszak nikt nie może sobie pozwolić na wydanie tak dużej ilości pieniędzy na kampanię jak największe partie, otrzymujące dziesiątki milionów złotych z budżetu. Lider - wódz partyjny, dysponując takimi środkami może być praktycznie nieusuwalny. Jego odejście musiałoby się łączyć z totalnym upadkiem danej partii, jak to miało miejsce w przypadku wodza LPR. Zatem wydając kolejne miliony z naszych podatków, możemy w niedługiej perspektywie zapewnić sobie układ dwupartyjny, ale najprawdopodobniej byłby to układ oligarchiczny. Inne partie nie funkcjonowałyby na niwie parlamentarnej nie tyle z braku społecznej potrzeby, ale z powodów finansowych. Kto zatem zagwarantuje, że za lat kilkanaście nie doszłoby do kryzysu na scenie politycznej podobnego do tego włoskiego sprzed kilku lat? Oczywiście, sprawą do przemyślenia nie jest tworzenie dwubiegunowego systemu partyjnego, lecz ewentualne mocne zwiększenie kompetencji prezydenta, wybieranego w wyborach powszechnych.
Należy pamiętać, że w Europie trudno znaleźć kraj o dwupartyjnym systemie. Nie ma takiego systemu nawet w Wielkiej Brytanii czy w Niemczech. Gdyby poprzez system finansowania lub poprzez zmiany w Konstytucji (okręgi jednomandatowe) powstałby system dwupartyjny, automatycznie wyeliminuje wyraziste postaci i podmioty ze sceny politycznej. Trudno by np. znaleźć wówczas miejsce dla prawicy narodowej. Oczywiście niektórzy stwierdzą, że miejsce to zajęłaby prawa flanka PiS. Tylko pamiętać należy, że byłby to jednak margines, mający niewielki wpływ na decyzje w partii. Wszak, jak już nadmieniliśmy, w partii rządzi ten, kto dysponuje pieniędzmi, a więc lider partii. Stworzenie na płaszczyźnie instytucjonalnej stronnictwa narodowego, mającego swe przełożenie parlamentarne, dawałoby niepomiernie większe możliwości oddziaływania na kierunek polityki polskiej. Przede wszystkim można by otwarcie prezentować program narodowy, nie pytając o zgodę kogoś z monopartii. Po drugie, naturalna konkurencja z prawicą pragmatyczną powodowałaby konieczność większego uwzględniania postulatów narodowych przez ewentualny centroprawicowy rząd. Połączenie całej sceny politycznej w monolit takie możliwości mocno ograniczy.
Jest jeszcze jeden bardzo poważny powód, dla którego wyprofilowanie sceny politycznej dwubiegunowo mogłoby się okazać niekorzystne. Mam tutaj na myśli wybory. Już dzisiaj w wydaniu największych ugrupowań polegały one na medialnych serialach w stylu: "mordo ty moja". Nie było praktycznie pogłębionej debaty programowej, lecz skomasowany przekaz aktorsko-medialny. Owo aktorstwo przejawiało się również we wzajemnym podkupywaniu znanych polityków po to, aby udowodnić swoją wiarygodność. Do tego doszło ustawianie politycznych gwiazd na pierwszych miejscach w okręgach zupełnie nieprzystających do ich naturalnej pracy politycznej (Roman Giertych w Lublinie, Zyta Gilowska w Poznaniu, Donald Tusk w Warszawie itp.). Wszystko to będzie już dziś powodowało potężny dystans obecnych posłów do spraw ludzi z okręgów, z których kandydowali. A wszystko dlatego, że o wyniku wyborczym decyduje medialny matrix, a nie realny kontakt z wyborcą. W sytuacji, gdyby ze sceny politycznej zniknęły małe podmioty, całą kasę budżetową przejęłyby dwie największe partie. Aż trudno sobie wyobrazić, z jak potężną ilością różnorakich wyborczych filmów, medialnych haków i muzyczno-politycznych festiwali mielibyśmy do czynienia. Wybory przypominałyby do złudzenia wybór zwycięzców z "Tańca z gwiazdami", nie mając wiele wspólnego z debatą polityczną na temat przyszłości kraju.
Zatem niekoniecznie to, co z pozoru wydaje się prostym rozwiązaniem dla sceny politycznej, musi być korzystne dla wyborców. A jeśli nie będzie to korzystne dla wyborców, to i dla Polski działania redukujące liczbę ugrupowań nie muszą przynieść pożytku. Zatem wydaje się, że już niedługo możemy stanąć przed perspektywą oligarchizacji Polski, który to proces zafundowaliśmy sobie poprzez system finansowania partii politycznych z budżetu. I to może się okazać o wiele poważniejszym problemem, niż tworzenie systemu dwupartyjnego. Już dziś coraz mniej jest stanowisk - od dyrektora szkoły począwszy, a na szefie PZU kończąc - które nie byłyby uzależnione od decyzji mniejszych lub większych magnatów partyjnych. Ale czy upartyjnienie polskiego życia publicznego dobrze służy Polsce? Lepiej jeśli sobie na to pytanie odpowiemy w miarę szybko. W przeciwnym razie podczas następnych wyborów możemy już totalnie pogubić się w matriksie wyborczym, stając się przedmiotem różnorakich medialnych zabiegów i manipulacji. I wcale nie będziemy zadowoleni, że mamy w Ojczyźnie dwupartyjny system. Polskę trzeba odpartyjnić, na ile to tylko jest możliwe, od samorządów począwszy. Bo nie silnymi partiami będzie ona sprawnie zarządzana, ale silnym zaangażowaniem ludzi w terenie. Partie dobierają sobie ludzi nie tyle kompetentnych, co bezwzględnie lojalnych. Przez ten fakt spada niepomiernie poziom polskich elit, również na płaszczyźnie regionalnej. Nie martwmy się zatem, jak zbudować wielkie partie, gdyż możemy bardzo szybko pogrążyć się w oligarchizacji życia społecznego.
Mieczysław Ryba
Thursday, November 1, 2007
Sąd zabrania ocen
Sąd zabrania ocen
Nasz Dziennik, 2007-10-31
Sąd Okręgowy w Warszawie nakazał "Naszemu Dziennikowi" przeproszenie właściciela Polsatu Zygmunta Solorza za stwierdzenie, że "chętnie współpracował" on z SB. Pełnomocnik "Naszego Dziennika" nie zgadza się z wyrokiem sądu, stwierdzając, że mieliśmy prawo do takich ocen i zostały one wyrażone w uzasadnionym interesie społecznym. Dlatego też zapowiedział wniesienie apelacji.
Jak stwierdziła w ustnym uzasadnieniu sędzia Justyna Pytlak, proces wykazał, iż Solorz co prawda podpisał zobowiązanie do współpracy ze służbami specjalnymi PRL, ale niedopuszczalny jest w tym przypadku zwrot użyty w artykule przez "Nasz Dziennik", że była to "chętna współpraca". - Nie wykazano, by powód podejmował działania w takim zakresie, w jakim chciało SB - powiedziała sędzia. Pytlak dodała, że to zobowiązanie mogło być podpisane przez Solorza z uwagi na to, iż chciał on uniknąć jakichś ujemnych skutków jego niepodpisania. Ponadto sąd uznał, że nie wykazano, iż właściciel Polsatu czerpał korzyści od służb PRL, a służby pomagały mu w działalności gospodarczej, oraz że był agentem WSI.
- Stoimy na stanowisku, że oceny wyrażone w tym artykule były dopuszczalne i zostały podjęte w uzasadnionym interesie społecznym, z uwagi na osobę powoda, który jest osobą publiczną i wykonuje działalność, która wymaga szczególnego zaufania publicznego, ponieważ jest właścicielem stacji telewizyjnej mającej wpływ na opinię publiczną - podkreśla mecenas Krystyna Kosińska, pełnomocnik "Naszego Dziennika".
- Nie możemy zgodzić się z tym wyrokiem i dlatego złożymy apelację, bo uważamy, że ingerencja sądu w tej sprawie poszła za daleko - podkreśla adwokat. - Nie został wykazany żaden interes państwa, który nakazywałby danie szczególnej ochrony dobrom osobistym powoda poprzez zakazanie pisania o jego przeszłości i wyciągania ocen i opinii z faktów podpisania umowy o współpracy - dodała.
Według medioznawcy prof. Krystyny Czuby (UKSW), teksty prasowe mogą zawierać elementy oceniające, jeśli na takie stwierdzenia istnieją dowody. - Jeżeli dysponujemy odpowiednimi dowodami, to możemy tak napisać, ale jeżeli na daną rzecz nie ma materiałów, to wówczas nie - wyjaśnia. Czuba stwierdziła również, że zgodnie z prawem prasowym można podawać elementy dotyczące życia prywatnego, jeżeli wchodzi ono w zakres spraw publicznych.
Podobny proces o naruszenie dóbr osobistych wytoczył Solorz socjologowi prof. Andrzejowi Zybertowiczowi (UMK). W odpowiedzi na pozew Solorza profesor stwierdził, że właściciel Polsatu nie tylko podpisał umowę o współpracy z wywiadem 18 października 1983 r. - czemu nie zaprzecza - ale i faktycznie ją podjął. Socjolog uzasadnia to faktem, że "w trakcie kontaktów powoda z SB między majem 1983 r. a czerwcem 1984 r. doszło do sformalizowanej współpracy z SB; - powód przekazał Służbie Bezpieczeństwa szereg informacji, których znaczenie operacyjne dla SB mogło być istotne (zwłaszcza informacja dotycząca przewozu farby drukarskiej). Nie tylko zatem formalnie (zobowiązania), ale i de facto powód podjął współpracę z SB; - współpraca ta do pewnego momentu była oceniana dobrze i perspektywicznie; dopiero ponad rok po rozpoczęciu formalnej współpracy SB uznała, że brak celowości kontynuacji tej współpracy". Zybertowicz stwierdza, że Solorz, odżegnując się od współpracy z wywiadem PRL, powołuje się na zapisy ustawy lustracyjnej z 1997 r. oraz dotyczące jej orzecznictwo, które go nie dotyczą, ponieważ nie jest objęty zakresem działania tej ustawy.
ZB
Nasz Dziennik, 2007-10-31
Sąd Okręgowy w Warszawie nakazał "Naszemu Dziennikowi" przeproszenie właściciela Polsatu Zygmunta Solorza za stwierdzenie, że "chętnie współpracował" on z SB. Pełnomocnik "Naszego Dziennika" nie zgadza się z wyrokiem sądu, stwierdzając, że mieliśmy prawo do takich ocen i zostały one wyrażone w uzasadnionym interesie społecznym. Dlatego też zapowiedział wniesienie apelacji.
Jak stwierdziła w ustnym uzasadnieniu sędzia Justyna Pytlak, proces wykazał, iż Solorz co prawda podpisał zobowiązanie do współpracy ze służbami specjalnymi PRL, ale niedopuszczalny jest w tym przypadku zwrot użyty w artykule przez "Nasz Dziennik", że była to "chętna współpraca". - Nie wykazano, by powód podejmował działania w takim zakresie, w jakim chciało SB - powiedziała sędzia. Pytlak dodała, że to zobowiązanie mogło być podpisane przez Solorza z uwagi na to, iż chciał on uniknąć jakichś ujemnych skutków jego niepodpisania. Ponadto sąd uznał, że nie wykazano, iż właściciel Polsatu czerpał korzyści od służb PRL, a służby pomagały mu w działalności gospodarczej, oraz że był agentem WSI.
- Stoimy na stanowisku, że oceny wyrażone w tym artykule były dopuszczalne i zostały podjęte w uzasadnionym interesie społecznym, z uwagi na osobę powoda, który jest osobą publiczną i wykonuje działalność, która wymaga szczególnego zaufania publicznego, ponieważ jest właścicielem stacji telewizyjnej mającej wpływ na opinię publiczną - podkreśla mecenas Krystyna Kosińska, pełnomocnik "Naszego Dziennika".
- Nie możemy zgodzić się z tym wyrokiem i dlatego złożymy apelację, bo uważamy, że ingerencja sądu w tej sprawie poszła za daleko - podkreśla adwokat. - Nie został wykazany żaden interes państwa, który nakazywałby danie szczególnej ochrony dobrom osobistym powoda poprzez zakazanie pisania o jego przeszłości i wyciągania ocen i opinii z faktów podpisania umowy o współpracy - dodała.
Według medioznawcy prof. Krystyny Czuby (UKSW), teksty prasowe mogą zawierać elementy oceniające, jeśli na takie stwierdzenia istnieją dowody. - Jeżeli dysponujemy odpowiednimi dowodami, to możemy tak napisać, ale jeżeli na daną rzecz nie ma materiałów, to wówczas nie - wyjaśnia. Czuba stwierdziła również, że zgodnie z prawem prasowym można podawać elementy dotyczące życia prywatnego, jeżeli wchodzi ono w zakres spraw publicznych.
Podobny proces o naruszenie dóbr osobistych wytoczył Solorz socjologowi prof. Andrzejowi Zybertowiczowi (UMK). W odpowiedzi na pozew Solorza profesor stwierdził, że właściciel Polsatu nie tylko podpisał umowę o współpracy z wywiadem 18 października 1983 r. - czemu nie zaprzecza - ale i faktycznie ją podjął. Socjolog uzasadnia to faktem, że "w trakcie kontaktów powoda z SB między majem 1983 r. a czerwcem 1984 r. doszło do sformalizowanej współpracy z SB; - powód przekazał Służbie Bezpieczeństwa szereg informacji, których znaczenie operacyjne dla SB mogło być istotne (zwłaszcza informacja dotycząca przewozu farby drukarskiej). Nie tylko zatem formalnie (zobowiązania), ale i de facto powód podjął współpracę z SB; - współpraca ta do pewnego momentu była oceniana dobrze i perspektywicznie; dopiero ponad rok po rozpoczęciu formalnej współpracy SB uznała, że brak celowości kontynuacji tej współpracy". Zybertowicz stwierdza, że Solorz, odżegnując się od współpracy z wywiadem PRL, powołuje się na zapisy ustawy lustracyjnej z 1997 r. oraz dotyczące jej orzecznictwo, które go nie dotyczą, ponieważ nie jest objęty zakresem działania tej ustawy.
ZB
Subscribe to:
Posts (Atom)